Translate

niedziela, 6 kwietnia 2025

...JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM...


Sztuka przebaczenia

Artykuł ś.p. Jutty Burggraf, profesor Wydziału Teologii Uniwersytetu Nawarry.

19-01-2012


Gdy ktoś w przepełnionym autobusie nadepnie nam na nogę i uprzejmie prosi o wybaczenie, zwykle nie sprawia nam wiele trudu, aby uśmiechnąć się do naszego winowajcy, nawet jeśli nas zabolał palec. Wiemy, że ten drugi nie chciał nam umyślnie zadać bólu; po prostu nie uważał albo padł ofiarą siły ciążenia. W każdym razie nie jest odpowiedzialny za swój czyn. Brakuje tutaj istotnego powodu, aby móc przebaczyć w prawdziwym sensie tego słowa. Akt przebaczenia odnosi się do zła, które inny uczynił nam (mniej lub bardziej) świadomie1.

PRZEDMOWA

Gdy mówimy o rzeczywistym przebaczeniu poruszamy się na bardzo głębokiej płaszczyźnie. Nie mówimy o nodze, na którą ktoś nadepnął przez nieuwagę, lecz o ranie w sercu człowieka. Wszyscy doświadczamy od czasu do czasu niesprawiedliwości i upokorzeń; niektórzy muszą codziennie znosić cierpienia, nie tylko, gdy są niewinnie więzieni, lecz także w miejscu pracy lub w kręgu rodzinnym. Nikt nie może nas tak zranić, jak ci, których kochamy. „Jedyny ból, który przeszywa bardziej niż stal, to wrogość, która pochodzi od bliskich”, mówią Arabowie.

Jak reagujemy na ból, który ktoś nam zadaje świadomie? Są różne możliwości: Możemy oddać cios albo mówić źle o tej osobie, która o nas mówiła źle. Jednak takie zachowanie jest jak bumerang. Uderza w nas samych i nas rani jako pierwszych. Szkoda, że tracimy naszą energię na gniew, podejrzliwość, żądzę zemsty, czy rozpacz; jeszcze bardziej smutne jest to, jeśli ktoś wewnętrznie się zamyka i staje się zatwardziały, aby już więcej nie musiał cierpieć. Tylko w przebaczeniu przychodzi nowe życie.

Przebaczenie polega na tym, by zrezygnować z zemsty i mimo wszystko życzyć drugiemu tego, co najlepsze. Chrześcijańska tradycja pokazuje nam wzruszające świadectwa takich postaw. Znamy nie tylko przykład pierwszego męczennika, św. Szczepana, który modlił się za tych, którzy go kamienowali. Także dzisiaj zdarzają się te cuda łaski. Na przykład w roku 1994 razem z innymi współbraćmi został zamordowany trapista imieniem Christian w klasztorze w Algierii, który znajdował się w okolicy zagrożonej wojną. Christian pozostawił list pożegnalny do swojej rodziny. To jego „duchowy testament” i został opublikowany po jego śmierci. W tym testamencie Christian dziękuje wszystkim, których spotkał w swoim życiu, i mówi dosłownie: „W to podziękowanie jesteście włączeni wszyscy, wy, moi przyjaciele z wczoraj i z dzisiaj… I także tobie, mój przyjacielu ostatniej godziny, należy się moje podziękowanie. Tak, także ty, który nie wiedziałeś, co czynisz, jesteś włączony w moje podziękowanie. Widzę cię dokładnie przed sobą i mówię ci ‘dziękuję’ i ’na razie’, ponieważ mam nadzieję, że zobaczymy się – szczęśliwi jak łotr na krzyżu - kiedyś w niebie”2.

Moglibyśmy teraz pomyśleć, że chodzi o jakieś sytuacje ekstremalne, zastrzeżone dla bohaterów. Możemy pomyśleć, że chodzi tu o jakiś ideał, który można podziwiać, ale nie naśladować, i który nie ma wiele wspólnego z naszym codziennym życiem. Czy matka może kiedykolwiek przebaczyć mordercy swego dziecka? Czy możemy wybaczyć komuś, kto nas zupełnie ośmieszył przed innymi, komuś, kto odebrał nam wolność albo godność, okłamał nas i oszukał albo zniszczył rzecz, bardzo dla nas cenną. To są niektóre z sytuacji życiowych, w których właściwe jest stawianie sobie pytań o przebaczenie.

I. CO TO ZNACZY „PRZEBACZAĆ”?

Co to znaczy „przebaczenie”? Co to znaczy, gdy mówię komuś „przebaczam ci”? To jest – aby powtórzyć – oczywiste, że reaguję na zło, które mi ktoś wyświadczył; działam poza tym w wolności; nie zapominam po prostu niesprawiedliwości, lecz rezygnuję z zemsty i życzę mimo wszystko dobra drugiej osobie. Następnie będziemy omawiać te różne aspekty szczegółowo.

1. Reagować na zło

Abym mógł przebaczyć, musi być mi wyrządzone zło, to znaczy, coś, co negatywnie oddziałuje na moje życie. Jeśli chirurg odetnie mi rękę, zakażoną i zagrażającą mi, mogę często odczuwać ból, mogę nawet czuć złość do lekarza. Ale nie mam mu nic do wybaczenia, ponieważ właściwie uczynił coś dobrego: uratował mi życie. Coś podobnego dzieje się w procesie wychowywania. Nie wszystko, co dziecku wydaje się złe, jest rzeczywiście dla niego szkodliwe. Dobrzy rodzice nie dają dzieciom wszystkiego, na co akurat mają ochotę; formują w nich siłę charakteru. Pewna nauczycielka powiedziała mi: „Jest mi wszystko jedno, co moi uczniowie myślą o mnie dzisiaj. Najważniejsze, co będą o mnie myśleli za dwadzieścia lat”. Przebaczenie ma sens jedynie, gdy ktoś rzeczywiście wyrządził krzywdę drugiemu.

Z drugiej strony przebaczenie w żadnym razie nie polega na tym, że nie chce się widzieć zranienia, tuszuje się je, bądź po prostu pomija. Niektórym nie przeszkadza obraza ze strony kolegów z pracy albo współmałżonka, ponieważ kiedyś postanowili sobie unikać konfliktów. Chcą spokoju za wszelką cenę i chcą stale żyć w otoczeniu pełnym harmonii. Wydaje się, jakby wszystko było im obojętne. Jest im „obojętne”, jeśli inni nie mówią im prawdy, jest im „obojętne”, jeśli traktuje się ich zupełnie przedmiotowo, aby osiągnąć egoistyczne cele; także oszustwo albo cudzołóstwo są „obojętne”. Takie zachowanie jest niebezpieczne, ponieważ może prowadzić do zupełnej ślepoty na wartości. Oburzenie i gniew są naturalnymi reakcjami, a nawet w określonych sytuacjach koniecznymi. Ten, kto przebacza, nie przymyka oczu na zło. Nie zaprzecza, że (obiektywna) niesprawiedliwość istnieje. Jeśliby jej zaprzeczył, nie miałby nic do przebaczenia.

Gdy ktoś przyzwyczai się do tego, by wypierać wszystko w milczeniu, być może przez jakiś czas może doświadczyć pozornego pokoju, ale wkrótce zapłaci za to wysoką cenę, ponieważ zrezygnował z wolności, aby być sobą. Ukrył i pogrzebał swoje frustracje głęboko w sercu, za grubą ścianą, którą zbudował, aby się ochronić. I często nie jest od razu świadomy braku swojej autentyczności. To normalne, że niesprawiedliwość boli i pozostawia ranę. Jeśli nie chcemy jej widzieć, nie może zostać uleczona. Potem stale uciekamy przed swoim własnym „wewnętrznym światem” (to znaczy, przed sobą); i ból gryzie nas powoli i niezmiennie. Niektórzy wybierają się w podróż dookoła świata, inni przeprowadzają się do innego miasta. Jednak nikt nie może uciec przed cierpieniem. Każdy wyparty duchowy ból wraca tylnymi drzwiami, trwa długi czas, jak traumatyczne doświadczenie w nieświadomości i może być powodem długotrwałych ran. Ukryty ból może prowadzić w określonych przypadkach, że ktoś jest w złym humorze, lękliwy, nerwowy albo obojętny albo nie jest już zdolny do nawiązania przyjaźni. I chociaż się nie ma takiego zamiaru, prędzej czy później wspomnienia powrócą. A wtedy wielu uświadamia sobie, że było lepiej stawić czoła bolesnym wydarzeniom. Świadomie przyjęte i przepracowane cierpienie, jest kluczem do osiągnięcia wewnętrznego pokoju.



2. Działać w wolności

Przebaczenie jest wolnym aktem. Jest jedyną reakcją, w której się nie tylko re-aguje – według znanej zasady „oko za oko, ząb za ząb”3. Nienawiść prowokuje przemoc, przemoc wywołuje najczęściej nową nienawiść. Gdy przebaczam, kładę kres temu diabelskiemu kręgowi. Uniemożliwiam wprawienie w ruch reakcji łańcuchowej. W tym momencie uwalniam drugą osobę, która wtedy nie jest już uwięziona w tym rozpoczętym procesie. Lecz na pierwszym miejscu uwalniam siebie samego, ponieważ to ja jestem gotów, wyzwolić się z gniewu i urazy. Nie reaguję odruchowo, lecz tworzę nowy początek, także we mnie.

To bardzo ważne zadanie, aby przezwyciężyć zranienia, ponieważ nienawiść i zemsta zatruwają życie. Filozof Max Scheler mówi, że kto żywi urazę, sam się zatruwa4. Druga osoba go zraniła, z powodu tego doświadczenia nie idzie dalej, zamyka się w swoich wspomnieniach, jest jakby opętany i izoluje się od innych. I tak pozostaje w niewoli przeszłości. Żywi swoją urazę, ciągle przywołując to samo wydarzenie. W ten sposób pozostaje wciąż w tym samym miejscu i rujnuje swoje życie.

Uraza sprawia, że poszerzają się rany w naszym wnętrzu. W ten sposób wywiera dominujący wpływ. Tworzy ogólną niedyspozycję, jakieś trudne do zdefiniowania niezadowolenie. Czuje się w końcu niedobrze we własnej skórze. Jednak jeśli się “ze sobą samym” nie czuje dobrze, wtedy w żadnym miejscu nie będzie się czuło dobrze. Traumatyczne wspomnienia mogą wciąż wzniecać gniew i smutek, mogą nas nękać i prowadzić do depresji. Chińskie przysłowie mówi: “Kto szuka zemsty musi wykopać dwa groby”.

W swojej książce Moja pierwsza biała przyjaciółka czarnoskóra dziennikarka z Ameryki Północnej opisuje, jak poniżenie, które musieli znosić Afrykanie w Stanach Zjednoczonych, prowadziło w czasie jej młodości do nienawiści wobec białych, “ponieważ byli linczowani, okłamywani, wiezieni, otruwani i zabijani”. Autorka przyznaje, że dopiero po jakimś czasie doszła do przekonania, że jej nienawiść, tak dla niej zrozumiała, zaczęła niszczyć jej tożsamość i godność. Zaślepiała ją na przykład tak bardzo, że nie traktowała poważnie przyjacielskich gestów, które okazywała jej biała dziewczyna w szkole. Powoli odkryła, że – zamiast czekać na prośbę o przebaczenie ze strony białych – najpierw sama musi prosić o przebaczenie za nienawiść w sercu i także za opór, żeby traktować białego jako pojedynczego człowieka, a nie jako członka rasy prześladowców. Odkryła wroga w swoim wnętrzu, istniał w jej osądach i w jej urazie, która przeszkadzała jej, aby być szczęśliwą5.

Nie wyleczone rany mogą w dużej części ograniczyć naszą wolność. Mogą być źródłem całkiem niewspółmiernych i gwałtownych reakcji, które same nas zaskakują. Zraniony człowiek rani często także innych. I jak często ukrywa swoje serce za pancerzem i wydaje się ostry, nieprzystępny i oziębły. Naprawdę jest często zupełnie inny, chce się tylko obronić. Wydaje się ostry, przy tym jest niepewny, udręczony i wzburzony przez złe doświadczenia.

Musimy znaleźć swoje rany, aby móc je oczyścić i uzdrowić. Doprowadzenie do porządku własnego wnętrza może być pierwszym krokiem, aby umożliwić przebaczenie. Jednak ten krok jest bardzo trudny i nie zrobi się go przy okazji. Możemy zrezygnowac z zemsty, ale nie z bólu. Tutaj widać wyraźnie, że przebaczenie nie jest uczuciem, także jeśli jest bardzo ściśle związane z przeżyciem emocjonalnym6. Jest aktem woli, który nie da się zredukować do naszego stanu psychicznego. Można nawet przebaczać płacząc.

Jeśli spełniłem dobrowolnie akt przebaczenia, cierpienie zwykle traci swoją gorycz i może się zdarzyć, że z czasem zniknie. “Rany zmieniają się w perły” mówi św. Hildegarda z Bingen.

3. Wspominanie przeszłości

Prawem natury jest to, że czas leczy rany. Nie zamyka ich faktycznie, ale pozwala o nich zapomnieć. Niektórzy mówią o “dacie wygaśnięcia naszych emocji”7. W końcu nadchodzi moment, kiedy człowiek już nie może więcej płakać, a także nie czuje się już zraniony. Nie jest to jednak znakiem tego, że przebaczył swemu przeciwnikowi, lecz że odczuwa pewną chęć życia. Stan duchowy – nawet jeśli nie jest zbyt intensywny – zmienia się zwykle zwykle z upływem czasu. Towarzyszy mu długi proces uwolnienia, ponieważ życie biegnie dalej. Już nie możemy pozostawać tam – uwięzieni w przeszłości – i uwieczniać w nas doznany ból. Jeśli trwamy w bólu, blokujemy nasz rozwój.

Złe wspomnienia mogą wyhodować prawdziwe frustracje. Zdolność do wyzwolenia się i zapomnienia jest wskutek tego bardzo ważna dla nas, ale nie jest jeszcze samym aktem przebaczenia. Ten nie polega po prostu na “skasowaniu i rozpoczęciu od nowa”. Wymaga zobaczenia jasno niesprawiedliwości. Tylko prawda wyzwala! Zły czyn musi być uznany jako taki i jeśli to możliwe zadośćuczyniony.

Konieczne jest “oczyszczenie pamięci”. Zdrowe wspomnienie może zamienić się w “mistrza życia”. Jeśli żyję w pokoju z przeszłością, mogę się wiele nauczyć z moich doświadczeń. Przypominam sobie o moich przeszłych niesprawiedliwościach i robię coś, żeby się nie powtórzyły, i wspominam je jako przebaczone niesprawiedliwości.

4. Zrezygnować z zemsty

Przebaczenie jest wolnym aktem i jest też możliwe, że nie czyni się tego prezentu drugiemu, odmawiając mu tego daru. Żydowski autor Simon Wiesenthal opowiada w swojej książce o niektórych całkiem konkretnych doświadczeniach w obozie koncentracyjnym w czasie II wojny światowej. Pewnego dnia przyszła do niego pielegniarka i poprosiła, aby z nią poszedł. Przyprowadziła go do pokoju, w którym przebywał umierający, młody oficer SS. Ten oficer opowiedział uwięzionemu Żydowi swoje życie. Mówił o swojej rodzinie, wykształceniu i o tym, jak stał się hitlerowcem. Obciążała go przede wszystkim zbrodnia, za którą był w szczególny sposób odpowiedzialny. Pod jego dowództwem żołnierze zamknęli w budynku i podpalili trzystu Żydów, wszyscy zginęli. “Wiedziałem, że to jest straszne”, mówił oficer. “W czasie długich nocy, gdy czekam na śmierć, odczuwam konieczność, by porozmawiać o tej zbrodni z jakimś Żydem i z całego serca prosić o przebaczenie”. Wiesenthal kończy swoją relację następująco: “Nagle zrozumiałem, o co chodziło i bez słowa opuściłem pomieszczenie”8. Inny Żyd dodaje: “Nie, nie przebaczyłem żadnemu winowajcy i ani teraz, ani w przyszłości nie jestem gotów przebaczyć nawet jednemu”9.

Przebaczenie oznacza rezygnację z zemsty i nienawiści. Z drugiej strony są ludzie, którzy nigdy nie czują się zranieni. To nie jest tak, że nie chcą widzieć zła i tłumią ból (jak już mówiliśmy na początku), lecz przeciwnie. Przyjmują niesprawiedliwość jako obiektywnie prawdziwą, z pełnym zrozumieniem, ale nie pozwalają, aby im przeszkadzała w najmniejszym stopniu. “Nawet jeśli inni nas zabijają, nie mogą nam sprawić bólu”10, to jedna z ich przewodnich myśli. Osiągnęli żelazne panowanie nad sobą i wydają się być całkiem niewrażliwi. Czują się ponad innymi ludźmi i w swoim wnętrzu stworzyli tak wielki dystans do innych, że nikt nie może dotknąć ich serca. Skoro nic ich nie wzrusza, nie zarzucają nic swoim prześladowcom. “Cóż może uczynić księżycowi, szczekający pies?” Jest to zachowanie stoików i być może także niektórych azjatyckich ‘guru”.

W tym przypadku problem polega na tym, że nie ma tutaj żadnych międzyludzkich relacji. Nie chce się cierpieć i dlatego rezygnuje się z miłości. Człowiek, który kocha, jest mały i można go zranić. Jest blisko innych. Jest bardziej ludzkie, aby w ciągu życia wiele kochać i wiele cierpieć, niż dystansować się od innych. Jeśli komuś zachowanie innych nigdy nie sprawia bólu, przebaczenie jest niepotrzebne.



5. Widzieć w przeciwniku jego osobową godność

Przebaczenie zaczyna się wówczas, gdy człowiek, dzięki nowej sile, odmawia jakiegokolwiek rodzaju zemsty. Nie mówi o innych ze względu na swoje bolesne doświadczenia; unika tego, by oceniać i wartościować; i jest gotów towarzyszyć im na nowo z otwartym sercem.

Tajemnica polega na tym, aby nie identyfikować przeciwnika z jego czynem11. Każdy człowiek jest większy niż jego wina. Wymowny przykład daje nam Albert Camus, który zwraca się w otwartym liście do nazistów i mówi o zaistniałych zbrodniach we Francji. “Mimo to będę nadal mówił o was ludzie.... Staramy się szanować w was to, czego nie szanowaliście u innych”12. Każdy człowiek jest mimo wszystkich swoich błędów obrazem Boga.

Tutaj można przytoczyć anegdotę, którą opowiada się o hiszpańskim generale z XIX wieku. Gdy leżał na łożu śmierci, ksiądz zapytał go, czy przebacza swoim wrogom. “To jest niemożliwe” odpowiedział generał, “wszystkich kazałem stracić”13

Przebaczenie, o którym tutaj mówimy wypływa z określonego zachowania. To znaczy, życia w pokoju z własnymi wspomnieniami i bez utraty szacunku do żadnej ludzkiej istoty. Także zmarłego można widzieć w jego osobowej godności. Nikt nie jest całkowicie zepsuty, w każdym człowieku świeci się światło.

Gdy przebaczamy, mówimy do kogoś: “Nie, nie jesteś taki. Wiem, kim jesteś. W rzeczywistości jesteś o wiele lepszy”. Chcemy tego, co najlepsze dla innych, ich pełnego rozwoju, ich prawdziwego szczęścia, i staramy się, całkiem szczerze, z głębi serca tego chcieć.

II. JAKIE ZACHOWANIA UMOŻLIWIAJĄ NAM PRZEBACZENIE?

Zanim spróbujemy wyjaśnić, na czym polega przebaczenie, przyjrzymy się niektórym postawom, które uzdalniają nas do wypełnienia tego aktu, który czyni wolnymi nas samych i innych.

1.Miłość

Przebaczenie zawiera w sobie, intensywną miłość do drugiej osoby. Łacińskie słowo per-donare wyraża to bardzo dobitnie: prefiks per wzmacnia czasownik, który towarzyszy donare. To znaczy dawać obficie, całkowicie się oddać. Pisarz Werner Bergengruen powiedział kiedyś, że miłość chroni się przez wierność i wypełnia się w przebaczeniu.

Jednak może być rzeczą trudną, kochać drugiego, jeśli nas bardzo mocno zranił. Wtedy może być ewentualnie pomocne, najpierw w jakiś sposób zdystansować się od przeciwnika, także jeśli jest to tylko wewnętrzne. Jak długo nóż tkwi w ranie, rana nigdy nie może się zagoić. Trzeba najpierw wyciągnąć nóż, zyskać dystans do drugiego. Tylko wtedy możemy zobaczyć jego twarz. Pewne oderwanie się jest pierwszym warunkiem, aby przebaczyć z całego serca i móc obdarować drugiego niezbędną miłością.

Człowiek może tylko wtedy żyć szczęśliwie i zdrowo się rozwijać, jeśli mimo swoich błędów i braków jest kochany, a więc gdy ktoś powie mu: “Jak dobrze, że jesteś”14.

Nie wystarczy tylko, “być tutaj”, na ziemi, lecz potrzeba także potwierdzenia własnego istnienia, żeby dobrze się czuć na świecie, aby było możliwe osiągnąć szacunek do siebie i być zdolnym jednoczyć się z innymi w przyjaźni. W tym sensie można powiedzieć, że miłość kontynuuje dzieło stworzenia i je udoskonala15. Kochać człowieka to znaczy uświadomić mu jego własną wartość i własne piękno. Człowiek kochany jest zawsze także człowiekiem przyjętym, “potwierdzonym”, który może ukochanemu odpowiedzieć w całej prawdzie: “Potrzebuję ciebie, aby być sobą”.

Jeśli nie przebaczam drugiemu, odbieram mu w pewien sposób przestrzeń do życia i oddychania. Oddala się on następnie coraz bardziej od swojego ideału i swojej samorealizacji. Innymi słowy, uśmiercam go w sensie duchowym. Człowieka można rzeczywiście uśmiercić niesprawiedliwymi i ostrymi słowami, złymi myślami lub po prostu, gdy mu się odmawia przebaczenia. Druga osoba może potem stać się smutna, także bierna i zgorzkniała.

Jeśli jednak udzielamy przebaczenia, pomagamy drugiemu, odnaleźć ponownie swoją własną tożsamość i żyć z nową wolnością i w głębokim szczęściu.

2.Zrozumienie

Musimy zrozumieć, że każdy człowiek potrzebuje więcej miłości, niż “zarabia”. Każdy jest bardziej podatny na zranienie, niż sądzi, a wszyscy jesteśmy słabi i możemy się zmęczyć. Przebaczyć to oznacza być mocno przekonanym, że w pojedynczym i za każdym złem tkwi zraniona i zdolna do przemiany ludzka istota. To znaczy uwierzyć w możliwość dalszego rozwoju drugiej osoby.

Jeśli ktoś nie przebacza, powodem może być to, że zbyt poważnie traktuje innych, że za dużo od nich wymaga. Wszyscy jesteśmy słabi i często popełniamy błędy. Często też nie jesteśmy świadomi konsekwencji naszego działania. “Nie wiemy, co robimy”. Na przykład gdy ktoś złości się, wykrzykuje rzeczy, których tak naprawdę nie myśli, ani nie chce powiedzieć. Jeśli w każdej minucie dnia traktuję go całkowicie poważnie i “analizuję” każde słowo, które powiedział, gdy był wściekły, mogę wywoływać niekończące się konflikty. Jeśli spisalibyśmy listę wszystkich błędów jednego człowieka, doszlibyśmy do tego, że nawet z najbardziej zacnego człowieka zrobilibyśmy monstrum.

Musimy wierzyć w zdolności drugiej osoby i dać jej to do zrozumienia. Zdarza się, że jesteśmy pod wrażeniem, jak bardzo ktoś się potrafił zmienić, gdy okazano mu zaufanie. Jak głęboko się zmienił, gdy był traktowany z miłością. Na szczęście jest wielu ludzi, którzy cicho i dyskretnie zachęcają innych, by byli lepsi. Dają im pewność, że i w nich jest coś pięknego i dobrego, pomimo głupstw i błędów. Postępują według znanej mądrości: “Jeśli chcesz, żeby drugi był dobry, traktuj go tak, jakby już taki był”.

3.Wspaniałomyślność

Przebaczenie wymaga miłosiernego i wspaniałomyślnego serca, gotowości, aby wyjść poza sprawiedliwość. Zdarzają się kompleksowe sytuacje, w których sama sprawiedliwość jest nieodpowiednia. Jeśli coś skradziono, musi zostać zwrócone. To co zniszczono, trzeba naprawić albo zastapić. Lecz jeśli ktoś z winy drugiej osoby traci część ciała, krewnego czy dobrego przyjaciela? Jest niemożliwe zadośćuczynić tej stracie przez sprawiedliwość. Własnie wtedy przebaczenie jest tym bardziej potrzebne.

Przebaczenie nie znosi prawa, ale nieskończenie go przekracza. Czasem nie ma rozwiązania w polu zewnętrznym, ale jeśli jest ktoś, kto nas wspiera, rozumie i kocha, może przynajmniej zmniejszyć wewnętrzną szkodę. W średniowieczu mówiono krótko i jasno: “Sprawiedliwość bez miłosierdzia jest okrutna”16.

Poprzez przebaczenie staramy się przezwyciężyć zło obfitością dobra17. Jest to akt bezwarunkowego charakteru, bezcenny dar miłości, zawsze niezasłużony prezent. To oznacza, że ten kto przebacza, nie zmusza do niczego przeciwnika, nawet do tego, aby ten żałował za to, co uczynił. Ten, kto kocha, już wcześniej przebaczył, na długo zanim przeciwnik szukał pojednania.

Żal drugiego nie jest niezbędnym warunkiem przebaczenia, ale naturalnie jest bardzo odpowiedni. Z pewnością o wiele łatwiej jest przebaczyć, gdy drugi prosi o przebaczenie. Lecz trzeba czasem zrozumieć, że w tych, którzy popełnili zło, istnieją blokady, które nie pozwalają im uznać własnej winy.

Istnieje też “nieczysty” rodzaj przebaczenia. Możemy o nim mówić, gdy przebaczenie wiąże się z wyrachowaniem i spekulacją: “Przebaczę ci, żebyś był świadomy swego przewinienia; przebaczę ci, żebyś był lepszy”. Choćby cel był chwalebny i wychowawczy, w tym przypadku, nie chodzi o prawdziwe przebaczenie, którego udziela się bez żadnego warunku, zupełnie tak samo, jak w prawdziwej miłości: “Przebaczam ci, ponieważ cię kocham – mimo wszystko”.

Mogę przebaczyć drugiemu, nie dając mu tego do zrozumienia – w przypadku, jeśli by tego nie zrozumiał. To jest dar, który mu czynię, nawet jeśli się o tym nie dowie, albo gdy nie wie, dlaczego.



4.Pokora

Potrzeba mądrości i poczucia taktu, aby poinformować drugiego, że się mu przebaczyło. W wielu sytuacjach nie radzi się, aby czynić to natychmiast, kiedy osoba jest jeszcze rozgniewana. Mogłoby to wydawać jej się zemstą, upokorzyć ją i jeszcze bardziej zdenerwować. Faktycznie propozycja pojednania może posiadać przez akt przebaczenia charakter oskarżający. Może ukrywać zachowanie obłudne. Chcę pokazać, że mam rację, że jestem wspaniałomyślny. To, co wtedy udaremnia krok do pokoju, to nie sam upór drugiej osoby, lecz także moja arogancja.

Z drugiej strony istnieje zawsze ryzyko, gdy oferujemy pojednanie, ponieważ nie jesteśmy pewni, czy przyjmie je druga osoba. Ten kto oferuje pojednanie, wystawia się zawsze w jakiś sposób na władzę drugiej osoby, czyni się w pewien sposób zależny od jej nieprzewidywalnej reakcji i humoru i daje jej możliwość do kolejnej obrazy czy zranienia. Widać tutaj, że pokora jest potrzebna, jeśli udziela się przebaczenia i szuka pojednania.

Jeśli pozwalają na to okoliczności – być może po długim okresie czasu – jest odpowiednie, aby przeprowadzić rozmowę z drugą osobą. W tej rozmowie trzeba wyjaśnić jak najlepiej własne motywy i powody, własne stanowisko i wysłuchać uważnie argumentów drugiej osoby. Ważne jest, aby wysłuchać do końca i starać się, aby wychwycić słowa, których druga osoba nie powie. Czasami jest konieczna “zmiana miejsc”, przynajmniej na płaszczyźnie duchowej, i podjęcie próby spojrzenia na świat oczami drugiej osoby.

Przebaczenie jest aktem wewnętrznej siły, aktem siły woli, ale nie dążenia do władzy. Jest pokorne i pełne szacunku wobec drugiej osoby. Nie chce nad nim zapanować, ani go poniżyć. Aby przebaczenie było prawdziwe i “czyste”, ten, kto został zraniony, musi sam uniknąć najmniejszych oznak moralnych rozważań. Trzeba uniknąć tego, by winny w rozmowie czuł się wciąż na nowo obwiniany. Tego, kto nadmiernie piętnuje winę drugiej osoby, można podejrzewać o wypieranie winy z własnego serca. Musimy przebaczać jako grzesznicy, którymi jesteśmy, a nie jako sędziowie (którymi nie jesteśmy), stąd przebaczenie jest bliższe wzajemnemu “udziałowi” niż jednostronnemu “udzieleniu”.

Wszyscy potrzebujemy przebaczenia, ponieważ wszyscy od czasu do czasu sprawiamy innym ból, nawet jeśli w ogóle tego nie zauważamy. Potrzebujemy przebaczenia, aby rozwiązać węzły przeszłości i móc zacząc od nowa. To ważne, żeby każdy człowiek uznał swoje słabości i błędy, które być może doprowadziły innych do negatywnych zachowań i nie wahał się, by samemu prosić drugiego o przebaczenie.

5. Być otwartym na Bożą pomoc

Nie możemy zaprzeczyć, że wymóg przebaczenia w niektórych przypadkach przekracza nasze siły. Czy można przebaczyć, jeśli przeciwnik zupełnie niczego nie żałuje, lecz nawet lży ofiarę i do tego jeszcze wierzy, że postępuje słusznie? Być może w takich przypadkach nie jest możliwe, aby przebaczyć całym sercem, szczególnie jeśli opieramy się tylko na naszych własnych zdolnościach.

Lecz chrześcijanin nigdy nie jest sam. Może zawsze liczyć na wszechmocną pomoc Boga. Bóg sam przyznaje mu swoją wielką miłość: “Nie bój się, powołałem cię po imieniu! Jesteś mój! Jeśli idziesz przez wodę, będę po twojej stronie, i fale nie zwyciężą cię... Jesteś cudowny w moich oczach, masz wielką wartość, kocham cię”18.

Chrześcijanin może też doświadczyć radości, że Bóg mu przebacza. Prawdziwa wina sięga do korzeni naszego bytu: Wpływa na naszą relację do Boga. A tu staje się cud! W państwach totalitarnych obywatele, którzy według zarządzeń władzy pokazują odmienne zachowanie, są wsadzani do więzienia albo umieszczani w szpitalach psychiatrycznych. W Królestwie Chrystusa przeciwnie, “błądzący” zaproszeni są na wielkie święto, święto pojednania. Bóg jest zawsze gotów nam przebaczyć, udziela nam łaski żalu i zaprasza nas do nawrócenia19. Jego łaska wywołuje w nas głęboką przemianę: jest zdolna uleczyć najgłębsze rany i stworzyć nowy porządek w naszym wewnętrznym chaosie.

Zawsze to Bóg jest tym, który najpierw kocha i najpierw przebacza20. To Bóg sam daje nam siłę, by wypełnić to chrześcijańskie przykazanie, które być może jest najtrudniejsze ze wszystkich. Kochaj swoich wrogów21, przebacz tym, którzy wyrządzili ci zło22. Ale w gruncie rzeczy nie chodzi (tylko) o moralny wymóg według motta: Ponieważ Bóg ci łaskawie przebaczył, musisz ty też przebaczyć bliźniemu. Chodzi o coś o wiele więcej, o egzystencjalną konieczność, o żywotne wewnętrzne doświadczenie. Jeśli rzeczywiście rozumiesz, co się z tobą dzieje, wtedy nie możesz zrobić nic innego, jak przebaczyć drugiemu. Jeśli tego nie uczynisz, jeszcze nie pojąłeś, czym cię Bóg obdarzył.

Do tożsamości chrześcijanina należy wciąż prosić o przebaczenie i przebaczać. Jeśli ktoś nie jest zasadniczo gotowy do tej postawy, można stąd mówić o utracie tożsamości chrześcijańskiej. Dlatego naśladujący Chrystusa w ciągu wieków patrzyli na swego Mistrza, który przebaczył swoim oprawcom na Krzyżu23. Nauczyli się tego, by przemienić “tragedię” w “zwycięstwo”.

Z pomocą łaski Bożej możemy nawet znaleźć sens w poniżeniach i niesprawiedliwościach, które wycierpieliśmy w ciągu naszego życia. Nie ma doświadczeń bezużytecznych! Całkiem przeciwnie, zawsze możemy się czegoś nauczyć. Także gdy nas zaskakuje niepogoda, gdy musimy znosić zimno czy upał. Zawsze możemy się czegoś nauczyć, co nam pomaga zrozumieć lepiej świat, innych i samych siebie. Gertruda von le Fort mówi, że nie tylko świetlisty dzień, lecz także ciemna noc mają swój urok: “Są kwiaty, które kwitną tylko na pustyni, gwiazdy, które widać tylko na obrzeżu miasta. Są doświadczenia Boskiej miłości, którymi jesteśmy obdarowani, tylko w wielkim opuszczeniu, na krawędzi zwątpienia”24.

WNIOSKI KOŃCOWE

Przebaczenie jest aktem duchowej mocy, aktem wyzwalającym. Jest zarazem przykazaniem chrześcijańskim i wielką ulgą. Oznacza opowiedzenie się za życiem i twórcze działanie.

Mimo to nie jest odpowiednie zmuszanie kogoś do przebaczenia, trzeba dać potrzebny czas, aby się uspokoił i był zdolny do przebaczenia. Jeśli obwinialibyśmy, kogoś, kto doświadczył niesprawiedliwości, że jest za wrażliwy albo pełen urazy i chęci zemsty, zwiększylibyśmy jeszcze jego rany, stałby się w podwójny sposób ofiarą.

W pierwszym momencie nie jesteśmy zwykle zdolni do przyjęcia wielkiego bólu. Musimy najpierw się uspokoić, zaakceptować, że przebaczenie przychodzi nam z trudnością i potrzebujemy czasu. Może nam bardzo wiele pomóc, aby postępować według własnego rytmu. Tylko bardzo małostkowy człowiek może się dziwić normalnym ludzkim ograniczeniom.

Akt przebaczenia może wymagać rzeczywiście ciężkiej wewnętrznej pracy. Jednak z pomocą dobrych przyjaciół i – przede wszystkim – mocą Bożą – jest możliwe, aby urzeczywistnić to bardzo trudne zadanie. “Z moim Bogiem skaczę przez mury” – śpiewa psalmista. Możemy pomyśleć o murach, który wznieśliśmy we własnym sercu.

Gdy uda nam się stworzyć kulturę przebaczenia, możemy zbudować razem przytulny świat, w którym będzie więcej witalności i urodzaju; możemy razem rzeczywiście zaprojektować nową przyszłość. Zakończmy naszą refleksję mądrym przysłowiem: “Chcesz być przez chwilę szczęśliwy? Zemścij się! Chcesz być zawsze szczęśliwy? Przebaczaj!”

Jutta Burggraf
(ur. w Hildesheim, 1952 - 2010), profesor Wydziału Teologii Uniwersytetu Nawarry, specjalistka w dziedzinie teologii kobiety oraz ekumenizmu.


Przypisy:

1 Por. Tomasz z Akwinu, Summa theologiae II-II, q.68,a.4 ad 1.

2 Ch. DE CHERGÉ, Testament spirituel (1994), in B. CHENU, L’invincible espérance, Paris 1997, S.221.

3 Mt 5,38.

4 M. SCHELER, Das Ressentiment im Aufbau der Moralen, in Vom Umsturz der Werte, Bern 51972, SS.36f.

5 P. RAYBON, My First White Friend, New York 1996, S.4f.

6 Por. D. von HILDEBRAND, Moralia, Werke IX, Regensburg 1980, S.338.

7 A. KOLNAI, Forgiveness, in B. WILLIAMS; D. WIGGINS (Hrsg.), Ethics, Value and Reality. Selected Papers of Aurel Kolnai, Indianapolis 1978, p.95.

8 Por. S. WIESENTHAL, The Sunflower. On the Possibilities and Limits of Forgiveness, New York 1998. W innych dziełach tego autora możliwość przebaczenia jest wprawdzie pozostawiona jako otwarta. Por. IDEM, Los límites del perdón, Barcelona 1998.

9 P. LEVI, Sí, esto es un hombre, Barcelona 1987, S.186. Por. IDEM, Los hundidos y los salvados, Barcelona 1995, S.117

10 To zdanie przypisuje się stoikowi Epiktetowi, który był, jak wiadomo, niewolnikiem. Por. EPIKTET, Handbüchlein der Moral, hrsg. von H. Schmidt, Stuttgart 1984, S. 31. Zdanie to można także rozumieć w pozytywnym i głęboko religijnym sensie, tak jak męczennicy chrześcijańscy.

11 Nienawiść kieruje się nie przeciwko sprawcy, lecz jego dziełom.. Por. Rz 12,9; Ap 2,6.

12 A. CAMUS, Carta a un amigo alemán, Barcelona 1995, S.58.

13 Por. M. CRESPO, Das Verzeihen. Eine philosophische Untersuchung, Heidelberg 2002, S.96.

14 J. PIEPER, Über die Liebe, München 1972, S.38s.

15 Por. ibid., S.47.

16 Tomasz z Akwinu, In Matth., 5,2.

17 Por. Rz 12,21.

18 Iz 43,1-4.

19 Iz 43,1-4.

20 Nasze przebaczenie jest następstwem tego, że doświadczyliśmy odpuszczenia. Por. Mt 18,12-14. Łk 19,1-10. Ef 4,32-5,2. Kol 3,13.

21 Por. Mt 5,43-48. Natomiast Kpł 19,18: “Będziesz miłował bliźniego, jak siebie samego.”

22 Por. Mt 5,23-24; 6,12. Mk 11,25. Łk 11,4.

23 Por. Łk 23,34.

24 G. von LE FORT, Unser Weg durch die Nacht, in Die Krone der Frau, Zürich 1950, SS.90f.

"BĘDZIECIE SMUTNI, ALE WASZ SMUTEK PRZEMIENI SIĘ W RADOŚĆ"

 PIĘĆ SPOSOBÓW NA SMUTEK


Za zezwoleniem redakcji Opus Dei ... udostępniam poniższy artykuł :

Czy istnieje jakiś trik, aby przezwyciężyć zły humor i odzyskać uśmiech? 
Św. Tomasz z Akwinu proponuje nam 5 sposobów o zaskakującej skuteczności.







Każdy z nas doświadcza czasami dni smutnych. Dni, w których nie można przezwyciężyć pewnej ociężałości wewnętrznej, osłabiającej ducha i utrudniającej relacje z ludźmi. Czy istnieje jakiś trik, aby przezwyciężyć zły humor i odzyskać uśmiech? Św. Tomasz z Akwinu proponuje nam 5 sposobów o zaskakującej skuteczności.

1. Pierwszy środek to pozwolić sobie na przyjemność.

Czyżby słynny teolog, żyjący niemal siedem wieków temu, przewidział teorię - tak dziś popularną - że czekolada jest antydepresantem?

Być może wyda się to pomysłem materialistycznym, ale dla wielu to oczywiste, że dzień pełen gorzkich porażek najlepiej zakończyć dobrym piwem.

Trudno byłoby udowodnić, sprzeczność tej rady z Ewangelią: sam Chrystus uczestniczył z ochotą w bankietach, przyjęciach i świętach; tak przed, jak i po Zmartwychwstaniu korzystał z pięknych stron życia. Nawet jeden z Psalmów przyznaje, że wino rozwesela serce człowieka (choć trzeba też podkreślić, że Biblia jednoznacznie potępia pijaństwo).

2. Drugim remedium jest płacz. 

Czasami przygnębienie trwa dłużej, jeśli nie potrafimy dać emocjom ujścia. Wydaje się wówczas, że nagromadzona gorycz uniemożliwia nam wykonanie nawet najmniejszego zadania.

Płacz jest językiem, sposobem wyrażenia i pozbycia się ucisku smutku, który czasami wręcz dusi. Także Chrystus płakał. Papież Franciszek mówi, że „pewne okoliczności można zobaczyć jedynie oczami, które zostały obmyte łzami. Sugeruje, aby każdy zadał sobie pytanie: czy nauczyłem się płakać?”

Święci, którzy cieszyli się specjalną przyjaźnią Chrystusa, także bywali smutni. Dlatego, warto poznać polecane przez nich sposoby na odzyskania radości właściwej chrześcijanom.


3. Trzecim sposobem jest współczucie przyjaciół.

Przychodzi mi tu do głowy przyjaciel Renzo, bohater książki „Narzeczeni”, który w wielkim domu niezamieszkanym z powodu zarazy rozpamiętuje wielkie nieszczęścia, które dotknęły jego rodzinę. „Są to wydarzenia okropne, których nigdy nie uwierzyłbym, że będę świadkiem, wydarzenia, które odbierają radość na całe życie; ale rozmowa o nich z przyjaciółmi przynosi mi ulgę.”

To jest coś, czego trzeba doświadczyć, aby uwierzyć. Kiedy ktoś czuje się smutny, ma tendencję do widzenia wszystkiego w szarych barwach. W takich przypadkach bardzo dobrze działa otwarcie duszy przed przyjacielem. Czasami wystarczy krótka rozmowa przez telefon i horyzont rozjaśnia się na nowo.

4. Czwartym lekarstwem na smutek jest kontemplacja prawdy „fulgor veritatis”.

Wspomina o tym także św. Augustyn. Kontemplowanie splendoru rzeczy, przyrody lub dzieła sztuki, słuchanie muzyki, zachwyt nad pięknem krajobrazu, może być skutecznym balsamem na smutek.

Pewien krytyk literacki, kilka dni po śmierci przyjaciela, miał mieć wykład na temat przygody w twórczości Tolkiena. Rozpoczął go słowami: „Opowiadanie o pięknie osobom nim zainteresowanym jest dla mnie prawdziwym pocieszeniem...”.

Jesienny smutek – czym jest depresja sezonowa?

5. Piątym antidotum proponowanym przez św. Tomasza jest sen i kąpiel.

Jest to coś, czego najmniej spodziewalibyśmy się po średniowiecznym mistrzu choć skuteczność tej rady jest oczywista. Dogłębnie chrześcijańskim jest zrozumienie, że aby uleczyć zło duchowe potrzeba czasami cielesnej ulgi. Odkąd Bóg stał się Człowiekiem i przyjął ludzkie ciało, przezwyciężony został rozdział między światem materialnym i duchowym.

Szeroko rozpowszechniony jest przesąd iż chrześcijańska wizja człowieka przeciwstawia ciało duszy. Ciało zaś postrzegane jest ponoć jako ciężar i przeszkoda dla życia duchowego.

W rzeczywistości chrześcijański humanizm uważa, że osoba (dusza i ciało) staje się całkowicie „uduchowiona”, gdy poszukuje jedności z Bogiem.

Według słów św. Pawła istnieje ciało zwierzęce i ciało duchowe, a my nie umrzemy, ale zostaniemy przekształceni, ponieważ trzeba, aby to ciało podległe zepsuciu zostało wyzwolone z niewoli zepsucia, aby to ciało śmiertelne stało się nieśmiertelne.


„Ciało i dusza są tak ściśle zjednoczone, że razem tworzą jedną osobę, dlatego złe samopoczucie jednego z nich wywołuje złe samopoczucie obydwu. - powtarzał za swym średniowiecznym imiennikiem św. Tomasz Morus - Dlatego doradzałbym wszystkim, aby w wypadku jakiejkolwiek choroby ciała spowiadać się, i tak samo radzę, aby niektóre choroby duszy konsultować, poza lekarzem duchowym, także z lekarzem ciała.”

Poprzez te pięć sposobów na smutek realizuje się boska i ludzka obietnica Chrystusa: „Będziecie smutni, ale wasz smutek przemieni się w radość.”

Ks. Carlo de Marchi - wikariusz regionu południowo-środkowych Włoch; konferencja wygłoszona na kongresie we Florencji.

Ks. Carlo De Marchi

sobota, 5 kwietnia 2025

BŁ. ANNA MARIA TAIGI

"Vox Domini

Katolickie wydawnictwo ewangelizacyjne
Anna Maria Taigi




W historii Kościoła, mistyczkami były kobiety różnych stanów: samotne, zakonnice, żony i matki. Do tej ostatniej grupy należy Włoszka, Anna Maria Taigi, jedna z największych mistyczek chrześcijaństwa, żyjąca na przełomie XVIII i XIX wieku i ogłoszona błogosławioną w roku 1920.

Marino Parodi

ANNA MARIA TAIGI – MISTYCZKA, ŻONA, MATKA

Z DOMU GIANETTI, PO MĘŻU – TAIGI


Anna Maria Gianetti urodziła się w Sienie, rodzinnym mieście wielkiej Katarzyny Sieneńskiej, położonym w samym sercu Włoch, w 1769 r. Była jedynym dzieckiem w zubożałej rodzinie kupieckiej.

W poszukiwaniu środków do życia rodzina przeprowadziła się do Rzymu, który odwiedziła już wcześniej z okazji Jubileuszu 1775 r. Gianetti byli wierzący, a ich córka wyrastała na piękną, dobrze wychowaną, pracowitą i oddaną swoim rodzicom dziewczynę. W sytuacji kryzysu ekonomicznego, jaki ogarnął Rzym, ojciec Anny –wbrew swoim oczekiwaniom – nie zgromadził wielkiej fortuny. Wraz z matką postanowili więc umieścić trzynastoletnią wówczas córkę u bogatej arystokratki, Marii Serra Marini. Swoim miłym obejściem i zdolnościami dziewczynka natychmiast zaskarbiła sobie przyjaźń i szacunek opiekunki. Pozostała u niej aż do swego ślubu, zawartego w 1790 r., gdy miała 20 lat.

Jej mężem został starszy od niej o osiem lat majordomus, Domenico Taigi. Według świadectw im współczesnych, był on wysoki, krzepki, silny, jowialny, sympatyczny, lecz także trochę nieokrzesany, uparty i porywczy. Jego charakter mocno kontrastował z kruchością, delikatnością i wrażliwością Anny. Domenico był jednak praktykującym katolikiem, człowiekiem pracowitym, o dobrych manierach. Mimo znacznych różnic, ich małżeństwo było udane dzięki łagodności i wyrozumiałości żony, która dostrzegała zalety męża i potrafiła go obłaskawić, gdy ulegał porywom złości i zmiennym nastrojom. Sam Domenico twierdził, że w jego domu panował zawsze „niebiański pokój”.

Chlebodawca Domenica, książę Chigi, doceniał go i chciał jego dobra. Podarował on młodym małżonkom małe mieszkanko. Tam właśnie urodziły się ich dzieci; tam rozpoczął się cudowny dialog między Anną Marią a Bogiem.

Początkowo, ich wspólne życie było szczęśliwe i beztroskie. Anna Maria porzuciła pracę i poświęciła się całkowicie domowi i mężowi. Była młodą mężatką jak wiele innych, głęboko wierzącą, ale też bardzo radosną, lubiącą piękne stroje i dozwolone rozrywki, takie jak muzyka, teatr i spacery.

ZDECYDOWANY NAKAZ BOŻY: PRZEZNACZYŁEM CIĘ DO TEGO, BYŚ NAWRACAŁA I POCIESZAŁA DUSZE

Wkrótce jednak w jej życiu nastąpiły wielkie przeobrażenia. W styczniu 1791 r., Anna Maria z mężem udała się do bazyliki św. Piotra, gdzie ujrzała nieznajomego kapłana. Napotkawszy jego wzrok poczuła głębokie pragnienie zmiany życia i poświęcenia się Bogu. Jednocześnie, kapłan usłyszał w sercu głos, mówiący:

„Przyjrzyj się tej młodej kobiecie. Pewnego dnia zwróci się do ciebie, a wtedy doprowadź ją do nawrócenia, gdyż to Ja wybrałem ją, aby została świętą.”

Był to Angelo Verardi, wikariusz w parafii św. Marcelego, gdzie odbył się ślub Anny i Domenica. Cieszył się on reputacją człowieka „żyjącego w świętości”. Po tym spotkaniu, pragnienie nowego życia wciąż pogłębiało się u Anny Marii. W kilka miesięcy później, nie mogąc odzyskać spokoju i chcąc wejrzeć w siebie, postanowiła przystąpić do spowiedzi. Udała się w tym celu do kościoła św. Marcelego. Natknęła się tam na ojca Angelo, od którego usłyszała słowa: „Nareszcie jesteś!”

Był to początek duchowej przyjaźni z kapłanem, z którym widywała się odtąd często i otwierała przed nim swoje serce. Dzięki jego pomocy rozumiała coraz lepiej swoje powołanie i miejsce w planach Bożych. Przemiana była natychmiastowa i radykalna: Anna odrzuciła kosztowne stroje, biżuterię, przedstawienia, spacery i rozrywki. Zaczęła ubierać się jak najprościej i żyć skromnie, z dala od wielkiego świata. Jedynym przedmiotem jej pragnień była codzienna Komunia św., lektura Ewangelii i modlitwa. W ten sposób rozpoczęło się niezwykłe życie mistyczne Anny Marii, ów dialog z Jezusem trwający aż do jej śmierci.

„Przeznaczyłem cię do tego, byś nawracała dusze i pocieszała osoby każdego stanu” – powiedział do niej Chrystus.

Anna Maria poprosiła Domenica, aby pozwolił jej zmieć styl życia. Ponieważ ich życie małżeńskie i rodzinne toczyło się zwykłym torem, mąż nigdy nie przeszkadzał jej w duchowym rozwoju. Akceptacja ze strony męża była dla niej znakiem Bożego działania. Nigdy zresztą Anna nie przestała spełniać swoich obowiązków żony i matki wielodzietnej rodziny, godząc wewnętrzną potrzebę skupienia z poświęceniem najbliższym i innym ludziom. Dlatego kardynał określił ją później jako „najbardziej pociągający przykład wśród współczesnych świętych”.

DAR SŁOŃCA

Jej życie, podobnie jak życie innych świętych i mistyków, było dźwiganiem krzyża, a jednocześnie źródłem najwyższej radości. Tym, co wyróżniało Annę Marię spośród największych mistyków chrześcijaństwa, był „dar słońca”.

Pewnego wieczoru, na początku 1791 r., u progu swoich doświadczeń mistycznych, przebywając sama w pokoju, skupiona na modlitwie, zobaczyła ona przed sobą wielką jasność, niczym słońce zaledwie przysłonięte lekkimi obłokami. W pierwszej chwili pomyślała, że ma do czynienia z działaniem szatana. Zmieniła miejsce, przetarła oczy, ale „słońce” znajdowało się dalej tam, gdzie poprzednio, także w ciągu następnych dni. Wreszcie, przywykła do jego obecności.

Tajemnicze słońce, oddalone o mniej więcej „dwanaście stóp” i zawieszone około trzech stóp nad jej głową, miało odtąd towarzyszyć jej wszędzie, dniem i nocą, aż do końca życia. Przez czterdzieści siedem lat, świetlny dysk był dla niej nadprzyrodzonym źródłem wiedzy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. W miarę upływu czasu, błyszczał on coraz mocniejszym blaskiem, aż osiągnął jasność „siedmiu złączonych ze sobą słońc”.

„Pokazuję ci zwierciadło, dzięki któremu zrozumiesz co jest dobre, a co złe” – powiedział do niej Pan.

Anna dodaje, że wewnątrz „słońca” widać było siedzącą postać o nieskończonej godności i majestacie; jej głowa zwrócona była ku niebu, jak w znieruchomieniu ekstazy, a z czoła wznosiły się pionowo ku górze dwa promienie.” Najprawdopodobniej postać ta była personifikacją mądrości.

Na świetlnej tarczy widniała także korona cierniowa i krzyż, jako symbole wcielenia Chrystusa. Samo słońce jest symbolem Boskości, Trójcy Przenajświętszej. „W słońcu tym pojawiały się obrazy, tak jak w magicznej latarni” – opisuje Anna Maria. Zawsze bardzo zrównoważona i rozsądna, przyjęła to nadprzyrodzone zjawisko z pokorą i posługiwała się nim zawsze dla dobra bliźnich. Przez niemal pół wieku widziała, na tarczy swojego słońca, przebieg wydarzeń społecznych i politycznych w całej Europie, głównie tych, które związane były z dziejami Kościoła.

Kardynał Pedicini relacjonuje: „Nie ulega wątpliwości, że był to szczególny sposób objawiania się Boga. Dzięki temu nadzwyczajnemu i nieznanemu przedtem darowi, Sługa Boża korzystała z wszechwiedzy Boga w stopniu, w jakim dusza przekazująca może tę wiedzę posiąść. Był to dar Raju, dar którym cieszą się jedynie błogosławieni, w sposób absolutnie uszczęśliwiający, gdziekolwiek przebywają. Jest pewne, że Bóg uczynił sobie przybytek w sercu swojej Sługi i przekazywał jej swoje największe tajemnice.”

LICZNE KONKRETNE PROROCTWA

Obrazy postrzegane przez Annę Marię nie były złudzeniem ani grą wyobraźni. Z najwyższą dokładnością opisywała ona miejsca, których nigdy nie odwiedziła, we Włoszech i w innych krajach, osoby, z którymi nigdy się nie spotkała i w szczegółach przepowiadała zdarzenia, które rzeczywiście miały dokonać się w późniejszym czasie. Spośród wielu faktów historycznych wspomnijmy chociażby o klęsce armii napoleońskiej w Rosji, o francuskim podboju Algierii, powstaniu greckim, rewolucji 1830 roku w Paryżu, zniesieniu niewolnictwa w Ameryce, losach wielu monarchii europejskich, zagładzie niektórych narodów i pojawieniu się nowych, klęskach żywiołowych i epidemiach. Wspomnijmy także o posłudze papieskiej Giovanniego Mastai Ferretti, który nie był jeszcze nawet kardynałem, gdy Anna Maria zmarła w 1837. Nie tylko zapowiedziała ona, że Ferretti zostanie papieżem, co miało się spełnić dziewięć lat po jej śmierci, ale przewidziała także główne motywy teologiczne i wydarzenia historyczne jego pontyfikatu, w czasie, gdy trudno jeszcze było je sobie wyobrazić. Należały do nich: konflikt między rządem włoskim i Państwem Kościelnym, prowadzący do zniesienia władzy świeckiej, ruchy rewolucyjne w ciągu całego tego długiego okresu, który zgodnie z jej objawieniami trwał 32 lata, relacje z władcami naszego kontynentu i przemiany zachodzące w całej Europie. Przewidziała ona także wrogość pewnych sił politycznych względem Kościoła i Piusa IX, reformy do których dążył (np. włączenie świeckich do posługi administracyjnej), sympatię, jaką otaczał go lud i spokojną śmierć Papieża we własnym łożu.

Co do Napoleona, Anna Maria nie tylko znała na bieżąco różne epizody z jego życia, ale zapowiedziała też jego śmierć na Wyspie św. Heleny i opisała pogrzeb tak, jakby była na nim obecna.

Jednym z tysięcy wydarzeń historycznych objawionych za jej pośrednictwem, była przedwczesna i niespodziewana śmierć 48-letniego rosyjskiego cara, Aleksandra, 1 grudnia 1825 r. na Krymie. Anna została powiadomiona o niej dużo wcześniej, bez jakichkolwiek nadzwyczajnych doświadczeń w jej życiu, które pełne było proroctw, wyprzedzających fakty o dziesiątki lat. Wiadomość została przekazana przez generała Alessandro Micheauda biskupowi Acqui, Modesto Contratto; ten ostatni zaś potwierdził ją pod przysięgą.

Przypomnijmy jeszcze inne dramatyczne zdarzenie „widziane” przez Annę Marię – zabójstwo generała Zakonu Świętej Trójcy i jego sekretarza, podczas ich pobytu w Kastylii, prowincji Hiszpanii, zajętej wtedy przez Francuzów. Mistyczka opisała to w szczegółach swojemu spowiednikowi, ojcu Ferdynandowi, ten z kolei – całej przerażonej wspólnocie. Trynitarze i ludność całego Rzymu otaczali Annę Marię takim respektem, że nikt nie kwestionował jej proroctw. Ich potwierdzenie nadeszło w miesiąc później, w liście z Hiszpanii, przedstawiającym wypadki w tych samych słowach, jakich użyła widząca.

Żadne ze zdarzeń ujrzanych przez nią w „zwierciadle” nie okazało się fałszywym proroctwem. Jej relacje na temat faktów historycznych i życia mnóstwa osób, są niezliczone, co wynika zresztą z Positio super virtutibus procesu beatyfikacyjnego Anny Marii. Dokument ten jest niewyczerpanym źródłem podobnych świadectw.

Mimo że nie obnosiła się ona nigdy ze swoim darem proroctwa i mówiła o nim tylko na wyraźne życzenie spowiednika lub innych kapłanów, nie potrafiła też skutecznie go ukryć. Wielu zwracało się do niej w poszukiwaniu światła, rady i pocieszenia. Przychodziła w sukurs każdemu i zawsze, gdy było to możliwe, dostarczając wnikliwych informacji o chorobie, lekarstwach na nią i przewidywalnych skutkach ich użycia, bądź też o nadchodzących okolicznościach i stanach duszy osób żyjących i zmarłych.

Modliła się za wszystkich proszących ją o duchowe wsparcie i zachęcała ich do modlitwy. „Słońce” objawiało jej wnętrza ludzkich serc i ich najtajniejsze sekrety. Nieraz posługiwała się tym darem, aby przyprowadzić daną osobę do Boga. Wielu rozmówców, widząc, że nic nie jest przed nią zakryte, prosiło Annę Marię o kierownictwo duchowe. Uczynił to między innymi ks. Raffaele Natali, który dzięki jej ścisłym wskazówkom zdołał pokonać swoje wady.

MATKA RODZINY I MISTYCZKA

Obok zjawiska „słońca” nie opuszczającego jej ani na moment, charakterystyczną cechą jej duchowości był poufny dialog z Chrystusem, do którego Pan zapraszał ją w chwilach najmniej przewidywalnych: znienacka, niezależnie od zajęcia, Anna była odrywana od świata materialnego i przenoszona do rzeczywistości duchowej, gdzie stawała się obojętna na wszystko, co ją otaczało. Według jej spowiednika, ekstazy były tak częste, że świadoma swoich obowiązków żony i matki próbowała nieraz przeciwstawić się woli Boskiego Oblubieńca: „Panie, zostaw mnie w spokoju, jestem matką rodziny!”

Chwile zjednoczenia z Bogiem, owe „święte podróże”, jak nazywał je spowiednik, były uprzywilejowanym czasem objawień, podczas których „widziała tajniki Kościoła oraz intencji, w których się modliła.” Przed końcem każdej ekstazy, Anna Maria otrzymywała odpowiedzi, o które prosiła, a dzięki temu – wiadomości, których nie mogłaby zdobyć w sposób naturalny.

Oprócz obrazów pojawiających się na tarczy „słońca”, źródłem jej wiedzy były bezpośrednie rozmowy z Panem.

Otrzymała ona pełną zdolność godzenia intensywnego życia mistycznego z obowiązkami życia w małżeństwie i rodzinie: miała siedmioro dzieci, a ze względu na skromne dochody, musiała pracować wytrwale. Niezwykle wymagający mąż oczekiwał od niej wszelkich przysług, nie tolerując najmniejszego spóźnienia ani zaniedbania. „Nigdy się nie sprzeczała, poświadczam to na chwałę Bożą, ja, który spędziłem czterdzieści osiem lat z tą błogosławioną duszą. Żyliśmy w niezmiennym spokoju, niczym w raju” – powiedział Domenico Taigi podczas procesu beatyfikacyjnego.

Nie przypadkowo Anna Maria, matka rodziny, zawsze gotowa nieść pomoc wszystkim potrzebującym, jest wciąż instynktownie otaczana głębokim kultem przez lud Boży, a głównie – przez żony i matki. Osobiście wpajała ona swoim dzieciom wiarę i wartości religijne, podkreślała znaczenie pracy, a lenistwo traktowała jako źródło wszystkich innych grzechów. Często zabierała dzieci ze sobą w odwiedziny do chorych i ubogich. Znała wiele wpływowych i bogatych osób, które zwracały się do niej o radę czy też modlitwę. Mogła bez trudu uzyskać jakieś korzyści dla swoich dzieci, ale nigdy o to nie poprosiła. Nie próbowała pomagać im we wspinaczce po stopniach drabiny społecznej, chciała tylko, aby zostały dobrymi chrześcijanami i szlachetnymi, uczciwymi oraz pracowitymi ludźmi.

Trzeba dodać, że Taigim nie brakowało trosk i utrapień – zmienna sytuacja polityczna i społeczna pogrążyła ich w wielkim ubóstwie, nieobce im były choroby, troje ich dzieci zmarło bardzo wcześnie. Wszystkie te krzyże Anna Maria starała się przyjmować bez szemrania, aby ułatwić ich akceptację swoim najbliższym. W ciągu dnia przepełnionego pracą znajdowała czas na wszystko i dla wszystkich: dla męża, dzieci, starych rodziców, dla ludzi chorych i potrzebujących; na modlitwę, lekturę, zajęcia domowe i wykonywane kosztem snu prace krawieckie, którymi usiłowała podratować rodzinny budżet.

Była ona pełna gorliwości, zawsze gotowa modlić się i dawać podarunki tym, którzy okazywali jej złość albo nieżyczliwość. Niektórzy rozpowszechniali pogłoskę, że Anna jest kobietą egzaltowaną lub czarownicą. Słysząc, że ktoś ją oczernia, mąż wpadał w furię i demonstrował wściekłość co najmniej werbalnie. Musiała wtedy uspokajać go, a pewnego razu nawet dołożyć starań, aby uwolnić z więzienia sąsiadkę, którą Domenico oskarżył przed sądem o zniesławienie żony.

Gdy w 1798 proklamowano Republikę Rzymską, Papież udał się na wygnanie. Był to początek bardzo trudnego okresu, Państwo Kościelne dotknęła klęska głodu. Anna Maria musiała codziennie stać w kolejce razem z gromadą nędzarzy, aby zapewnić chleb swojej rodzinie. Pracowała jeszcze więcej niż zwykle, wyrabiała obuwie, szyła kobiece suknie i gorsety. Nikt jednak nie usłyszał z jej ust ani jednej skargi.

Zajęcia te dały jej sposobność poznania królowej Etrurii, Marii Luizy, która dzięki modlitwom Anny została uzdrowiona z epilepsji. Królowa darzyła ją taką admiracją, że uczyniła swoją przyjaciółką i nalegała, by Anna z całą rodziną przeprowadziła się do jej pałacu. Ta odmówiła kategorycznie, jak w wielu podobnych przypadkach.

W procesie beatyfikacyjnym opowiada o tym ks. Raffaele Natali: „Oświadczam, że wielu było takich, którzy otrzymawszy niezwykłe łaski za jej pośrednictwem, chcieli odwdzięczyć się sowicie. Anna Maria odmawiała zawsze, nawet gdy żyła w najgłębszym ubóstwie. Czyniła tak z dwóch powodów: po pierwsze, aby nie mieszać działania Bożego ze sprawami materialnymi, po drugie – aby nie zbaczać z najpewniejszej drogi, jaką jest ubóstwo, mimo zapewnień spowiednika, że ma ona prawo przyjąć dyskretną jałmużnę.”

Odrzuciła również gościnną propozycję złożoną jej rodzinie przez kardynała Carla Marię Pediciniego, który był duchowym przyjacielem i powiernikiem Anny przez ponad dwadzieścia lat. W zamian za to, była wielokrotnie wspomagana przez Opatrzność, do której miała nieskończone zaufanie i której powierzała się z największą pogodą ducha nawet w najtrudniejszych momentach swego życia. Wszyscy, którym wyświadczyła jakieś dobro, czuli się zobowiązani wspierać materialnie Annę i jej rodzinę w trudnych chwilach, mimo, że nigdy o nic nie prosiła. Dla siebie zachowywała ona jedynie to, co niezbędne, pozostałe środki przeznaczając dla jeszcze uboższych.

TERCJARKA W ZAKONIE ŚW. TRÓJCY

Anna Maria każdego dnia dostępowała łaski rozmowy z Jezusem, Bogiem Ojcem, Maryją, świętymi, aniołami i duszami czyśćcowymi. W ten sposób dowiadywała się o ważnych wydarzeniach z życia tych, którzy tłumnie przybywali prosić ją o radę, pomoc, pociechę i wstawiennictwo. Otrzymywane informacje były zawsze precyzyjne, co sprawiało, że mogła ona pouczać, zachęcać, kierować, a w razie potrzeby napominać lub ostrzegać.

W dniu św. Stefana 1808 roku, po Komunii, którą przyjmowała możliwie jak najczęściej, Pan poprosił ją aby została tercjarką w zakonie Św. Trójcy: „To, co do ciebie mówię, jest tak prawdziwe, jak to, że Francuzi zakwaterowani w klasztorze twojego duchowego Ojca natychmiast odejdą i nigdy nie powrócą oraz to, że twoja śmiertelnie chora córka odzyskała zdrowie.”

Wszystko się sprawdziło – żołnierze francuscy opuścili klasztor Ojca Verardiego, a po powrocie do domu Anna Maria znalazła w dobrym zdrowiu córkę, która przed jej wyjściem była bliska śmierci. Dodajmy, że prośba Chrystusa była odpowiedzią na szczególne nabożeństwo mistyczki do Trójcy Przenajświętszej.

DAR UZDRAWIANIA

Poza darem „słońca” otrzymała ona wiele darów nadprzyrodzonych: objawienia Jezusa, Maryi i świętych, niemal codziennie słyszała wypowiadane przez Nich słowa. Jak opowiada Kardynał Pedicini, tuż po odkryciu swego powołania, Anna Maria zachorowała tak ciężko, że uważano jej dni za policzone.

Po trudnej walce z chorobą, „nad ranem, ogarnęło ją uczucie miłości i pokoju, a wtedy, na wysokościach objawił jej się Jezus Nazarejczyk (…) Ujął jej rękę, uścisnął mocno i rozmawiali długo. Powiedział, że ona jest jego oblubienicą a dotknięciem przekazuje jej dar uzdrowienia. Przez długi czas trzymał jej dłoń w swojej, Anna Maria zaś natychmiast odzyskała zdrowie.”

Dar uzdrawiania obecny był w całym jej życiu, dlatego też wiele osób szukało u niej pomocy. Nigdy nie odmówiła udania się do chorego, aby wziąć go za rękę, uczynić znak krzyża i się modlić. Jeśli nie mogła wyjść z domu, posyłała oliwę z lampki palącej się pod obrazem Maryi w jej domu, polecając, aby chory namaścił się dla uzyskania ulgi w cierpieniu. Akta procesu kanonizacyjnego pełne są świadectw o wyjednanych przez Annę Marię nagłych, cudownych uzdrowieniach z nieuleczalnych chorób. Oto jedno z nich:

„Gdy odwiedzała siedem kościołów, zaskoczył ją ulewny deszcz. Poprosiła wtedy o schronienie w pewnym domu. Zastała tam umierającą kobietę, która przyjęła ostatnie namaszczenie i leżała otoczona przez płaczącą rodzinę. Anna Maria zbliżyła się i położyła dłoń na czole chorej, uczyniła znak krzyża i powiedziała: „Proszę się nie bać, otrzymała pani łaskę od Boga!” Kobieta otwarła oczy, zaczęła mówić i w ciągu godziny odzyskała pełnię zdrowia.

W 1869 lekarze odkryli u młodej mieszkanki Rzymu, Anny Marii del Pinto, zaawansowanego raka macicy. Ponieważ medycyna nie pozostawiała jej żadnej nadziei, niezwykle pobożna niewiasta przygotowała się na śmierć i przyjęła ostatnie namaszczenie. Zasugerowano jej, aby odmówiła nowennę do Anny Marii Taigi, która już od 30 lat po swej śmierci była obiektem żywego kultu. Chora posłuchała tej rady, a pewnego dnia, modląc się, ujrzała w widzeniu Maryję, wskazującą na Annę Marię i wypowiadającą słowa: „Córko, oto twoja wybawicielka”. „Miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi coś z macicy, tak, że krzyknęłam i podskoczyłam z bólu” – wspomina Anna Maria del Pinto. – „W dłoni Sługi Bożej1 ujrzałam coś, co miało kształt i wielkość jajka. Pokazała mi to i włożyła do naczynia trzymanego przez Maryję. Widzenie znikło, a ja obudziłam się w dobrym stanie i usłyszałam: «Wstań córko, odzyskałaś zdrowie. Idź natychmiast do kościoła św. Chryzogona aby podziękować Najświętszej Trójcy i Słudze Bożej»”.

Lekarze ze zdumieniem stwierdzili nagłe i całkowite uzdrowienie. Ten przypadek został potraktowany jako jeden z dowodów w procesie beatyfikacyjnym Anny Marii Taigi.

ŚWIADECTWA OJCA HUGO CLIFFORDA

Uratowała ona wiele osób przed śmiercią. W Rzymie, łączyła ją duchowa przyjaźń z angielskim kapłanem, Hugo Cliffordem: „Pewnego dnia, Sługa Boża wezwała mnie, zatroskana o człowieka, nad którego duszą czuwała w szczególny sposób i którego widziała w swoim tajemniczym słońcu. Poprosiła, abym pobiegł do niego natychmiast, ponieważ załamany złym obrotem swoich spraw, słucha podszeptów szatana i jest gotów zadać sobie śmierć, strzelając z pistoletu. Pospieszyłem do niego niezwłocznie, zastałem w pokoju mocno wzburzonego, przekazałem wiadomość od Sługi Bożej i starałem się go uspokoić.

Wyznał mi, że gdybym zjawił się choć trochę później, zastrzeliłby się i znalazłbym go martwego.”

„Wylękniona młoda kobieta, Orsola Annibali, ratując życie uciekła przed mężem i znalazła schronienie w domu Sługi Bożej. Zacietrzewiony mąż szukał jej wszędzie.

Przyjmując u ją siebie z całą gościnnością, Anna Maria modliła się do Boga. Spojrzawszy w swoje słońce, powiedziała do mnie: «Niech ksiądz sam pójdzie do niego i powie, że jego żona przebywa w moim domu.

Uprzedzam, że w swoim szale rzuci się na księdza z nożem w ręku. Proszę nie ustępować i z kapłańską powagą udzielić mu ostrej nagany. Już po pierwszych słowach upuści nóż i rzuci się do stóp księdza z płaczem, łagodny jak baranek.»

Wszystko przebiegło tak, jak zostało przepowiedziane. Anna Maria zaprosiła młodych małżonków na obiad. Wysłuchawszy jej napomnienia, pojednali się i odeszli w pokoju.”

„Wiele razy mówiła mi o pokusach, jakie mnie trapiły i radziła, jak się z nimi uporać. Często, gdy przed odprawieniem Mszy św. widziała mnie zamyślonego i przygnębionego, odkrywała moje zmartwienie, smutek mego serca, i przywracała mi pokój” – dodaje ks. Clifford.

PEŁNA CNÓT, A ZWŁASZCZA POKORNA

Anna Maria posłusznie przekazywała relacje z tych wszystkich zdarzeń kardynałowi Pediciniemu i ks. Raffaele Nataliemu. Ten ostatni zapisywał jej świadectwo.

Mimo tak wielu nadprzyrodzonych zjawisk, Anna Maria odznaczała się ogromną pokorą. Trudno zliczyć wszystkie jej posty, umartwienia i modlitwy o nawrócenie heretyków i grzeszników. Respekt i uznanie wśród możnych tego świata, nie wbijały jej w pychę, przeciwnie, zasmucały, gdyż wolała ona żyć w ukryciu, z dala od rozgłosu.

Jak pisze ks. Raffaele Natali, „w chwilach ciszy, na osobności, w swoim małym pokoiku płakała nad wszystkimi tymi zaszczytami i skarżyła się Panu”.

Anna Maria zachowywała wszystko w swoim sercu. Oto świadectwo jej córki, Sofii: „Jest wiele rzeczy, o których nie mogłabym powiedzieć. Nie wspominała o niczym i próżno byłoby zadawać jej pytania. My, w domu, mogliśmy zaobserwować tylko to, czego jej cnoty i rozwaga nie były w stanie ukryć. Wiele dowiedzieliśmy się później od tych, którzy lepiej znali jej duszę… Główną cechą charakteru mojej matki było zatajanie i przemilczanie całego dobra, jakie czyniła, a także własnych cnót. Wszystko, co zostało potem wyjawione, cała jej świętość i obfitość darów Bożych, były nam nieznane. Podziwialiśmy ją jedynie dla jej niezwykłych zalet i prostoty, z jaką potrafiła wszystko ukrywać.”

O ważnych osobistościach: „Nie tylko nie rozwodziła się na temat ich odwiedzin i spotkań z nimi, ale nigdy nie słyszeliśmy nawet, by wspominała wśród bliskich o wizycie jakiegoś dostojnika, kardynała, biskupa, księżniczki lub o tym, że była do nich wzywana. Gdybyśmy nie widzieli ich na własne oczy przychodzących do nas i gdybym nie towarzyszyła jej podczas odwiedzin w wielu domach, niczego nie usłyszelibyśmy od niej samej.”

Anna Maria Taigi cieszyła się szacunkiem i podziwem ze strony Papieży. Z każdym rozmawiała bezpośrednio i często. Jej skromność w tej materii zasługuje na jeszcze większe uznanie. Była zawsze dyspozycyjna dla wszystkich. Zwracali się do niej bogaci i ubodzy, zdrowi i chorzy, rodzina i obcy. Nigdy nie odesłała nikogo z pustymi rękoma; nigdy nie odmówiła nikomu rady ani pociechy.

DAR POZNAWANIA SERC I DAR RADY

Posiadała ona niezwykły dar czytania w ludzkich sercach: widziała niepokoje, sekrety, emocje, lęki, uczucia swoich bliźnich. Wszystko było jej objawiane, jak twierdzi ks. Raffaele Natali, „miała ona dar przenikania serc i sumień ludzi znajdujących się daleko i blisko. Spotkawszy pana Doniry, ministra Bawarii, usłyszałem od niego, że chciałby on poznać jakąś pobożną osobę. Zaprowadziłem go do Sługi Bożej, z którą długo rozmawiał. Wreszcie wyszedł od niej bardzo poruszony i powiedział mi, że Anna Maria opisała mu zdarzenia z jego życia, o których nie mogła mieć pojęcia. Rozmawiając z nim o polityce, dokładnie odmalowała oparte na kłamliwych przesłankach stanowiska poszczególnych ministerstw i podała, w jaki sposób Bóg będzie je ujawniać. Z oczyma pełnymi łez, dodał: „Ta kobieta wydaje się trzymać w dłoniach tajemnice wszystkich gabinetów, tak jak ja trzymam tę szkatułkę (pokazał mi ją), podczas gdy my, doświadczeni ministrowie, nie posiadamy na ten temat wyczerpującej wiedzy”.

Kardynał Pedicini: „Oświadczam z całym przekonaniem, że jej rady były mądre, słuszne, w każdym calu dobrane do okoliczności i osób, bez wyjątku… Ktokolwiek otrzymał łaskę poznania jej lub zasięgnięcia u niej rady chociaż raz, zdawał sobie sprawę z całej jej mądrości i światła, jakim została obdarzona jej dusza. Z jej rad korzystali władcy, kardynałowie, prałaci, zagraniczni biskupi, kapłani, zakonnicy, książęta, ministrowie, także urzędnicy merostw, zwykli obywatele, kupcy, rzemieślnicy, wieśniacy, gospodynie domowe i ubodzy. Wszystkich zdumiewało niezwykłe rozeznanie tej niepiśmiennej kobiety w najważniejszych sprawach państwowych i tym, co je łączy; w powiązaniach między poszczególnymi klasami społecznymi; w zajęciach, sprawach i obowiązkach wszystkich grup społecznych, politycznych i religijnych… Ja sam, na chwałę Bożą, mogę stwierdzić, że niezliczoną liczbę razy otrzymałem od niej światłe rady co do mojej posługi, spraw mojej rodziny, a nawet tego, co dotyczyło mnie bezpośrednio.”

UCZESTNICTWO W MĘCE CHRYSTUSA I MIŁOŚĆ BLIŹNIEGO

Ks. Raffaele Natali, który przez ponad dwadzieścia lat towarzyszył naszej błogosławionej w życiu duchowym, opowiada, że była ona niepokojona przez złe duchy, które napadały na nią gwałtownie i z wielkim hałasem, zwłaszcza nocą. Los Anny Marii nie różnił się pod tym względem od losu innych wielkich mistyków. Przyjmowała wszystko z cierpliwością i zaufaniem do Boga. Jej choroby pogłębiały się z biegiem lat. Kardynał Pedicini widział w jej cierpieniach znaki i pamiątkę Męki Chrystusowej, niewidzialne stygmaty, których ból nasilał się w każdy piątek.

Mimo że przez całe życie miała problemy ze zdrowiem, dźwigała niestrudzenie swój krzyż i dawała z siebie wszystko, aby świadczyć miłosierdzie bliźnim. Ngdy nie uskarżała się na cierpienia i troski, jakie ją dotykały, ale zawsze powtarzała „Przyjmuję to dla miłości Bożej”. Na wiele lat przed śmiercią, w obecności ks. Nataliego, z oczyma błyszczącymi radością przepowiedziała datę swojego odejścia z tej ziemi i to, że miało ono nastąpić w piątek. Wewnętrzny głos powiadomił ją, że w ostatnich chwilach życia będzie samotna i opuszczona podobnie, jak Jezus na krzyżu. Wszystko spełniło się tak, jak było jej to dane przewidzieć.

Łatwo wyobrazić sobie, jak bardzo Anna Maria była oblegana przez osoby, które potrzebowały jej daru uzdrawiania. Odwiedzała każdego bez różnicy, najbardziej jednak kochała ubogich. Z tą samą gorliwością pojawiała się nawet u tych, którzy jej nie wzywali. „Dowiedziawszy się, że córka jednej z jej prześladowczyń jest chora, matka poszła tam czym prędzej, by zaopiekować się dziewczyną fizycznie i duchowo. Za każdym razem przynosiła biszkopty lub trochę dobrego wina, które otrzymała w podarunku i zachowywała dla niezamożnych chorych. Zachęcała do położenia ufności w Bogu, a ponieważ choroba była przewlekła i ciężka – także do cierpliwości i modlitwy. Matka moja pocieszała i czyniła znak krzyża swoją figurką Najświętszej Maryi Panny. W końcu chora wyzdrowiała” – opowiada córka Anny, Sofia.

Odwiedzając chorych w szpitalu i w domach, Anna Maria zabierała ze sobą córki, aby nauczyły się opiekować chorymi.

BŁOGOSŁAWIONA ANNA MARIA TAIGI

W 1852, zaczęto gromadzić dokumentację na potwierdzenie cnót i świętości Anny Marii Taigi. W 1863, Pius IX otworzył proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny, nadając jej tytuł „Sługi Bożej”. Obydwa procesy, diecezjalny i apostolski, podczas których świadectwa składali krewni, hierarchowie Kościoła oraz świeccy z różnych klas społecznych, znający ją osobiście – pozwoliły wydobyć na światło dzienne wszystkie jej cnoty heroiczne. 30 maja 1920 r., podczas uroczystej ceremonii na Placu św. Piotra, w obecności nieprzebranego tłumu, Anna Maria została ogłoszona błogosławioną. Do dzisiaj, zwłaszcza w Rzymie, gdzie w kościele św. Chryzogona spoczywają jej doczesne szczątki, niezwykle żywy jest kult owej „świętej domowego ogniska”. Nigdy nie przestała ona być wytrwałą orędowniczką łask Bożych. Zamknięta w szklanej trumnie, drobna postać o łagodnym uśmiechu i pogodnym wyrazie twarzy wciąż odpowiada na wszystkie skierowane do niej prośby."

 fot.1


fot.2

fot.3

Ciało bł. Anny Marii Taigi nie uległo rozkładowi. Jej relikwie spoczywają w rzymskim kościele św. Chryzogona( fot.1,2 i 3)

W tym poście wykorzystałam jeszcze jedno źródło, a mianowicie "Tajemnice, cuda i Osobliwości w życiu świętych" autorstwa Joan Caroll Cruz


Są w niej opisane setki cudownych historii związanych z życiem świętych. Jedną z bohaterek jest właśnie opisywana wcześniej bł. Anna Maria Taigi. Zebrane i opisywane świadectwa maja podane w książce źródła podane w przypisach.
"str .77. tytuł rozdziału "Zapach grzechu"
(...)
Wydaje się zupełnie oczywiste, że jeśli świętości towarzyszy wyczuwalny aromat, podobnie rzecz się ma - na zasadzie przeciwieństwa - z grzechem, co znaczy, ze o ile świętość emanuje  pachnidłami, o tyle grzech wydziela nieprzyjemną woń. Dzięki istnieniu tych zapachów wielu świętych posiadało zdolność do wyczuwania różnic między osobą znajdującą się w stanie łaski uświęcającej, a osobą, która powinna się wyspowiadać."
(...) Bł. Anna Maria Taigi również zmagała się z wonią grzechu. Biograf Anny Marii pisze, że jej zmysł powonienia" był przewrażliwiony na okropny odór grzechów świata, schorzenie to wzrastało, kiedy grzesznicy znajdowali się blisko niej. Ani zapach kwiatów, ani palenie aromatycznych ziół nie mogły przezwyciężyć tego dławiącego odoru, przypominającego odór rozkładających się ciał". 
Takimi "zdolnościami" obdarzone były m.in.
św.Katarzyna Sieneńska (zm.1380)
św.Gemma Galgani (zm. 1903)
św.Paweł od Krzyża ( zm. 1775)
św.Józef z Kupertynu zm. 1663)
św. Filip Nereusz(zm. 1595)
św.Antoni Maria Claret (zm.1870)
św.Jan Bosko (zm.1888)

Chciałabym jednak odesłać do książki przedstawionej wyżej, na łamach której można znaleźć informacje o takich cudach i osobliwościach bł. Anny Marii Taigi, jak:
- rozmnażanie żywności
- proroctwach
- ogniu i gorączce miłości po otrzymaniu Komunii św.

Wydawnictwo tej książki stwierdza, że cuda opisane w książce " (...) obejmują niezwykłe szerokie pasmo zagadnień; mamy tu do czynienia z przypadkami bilokacji, lewitacji, zapachem świetośći i odorem grzechu, transwerberacją i innymi cudami związanymi z sercem, cudownym przemieszczaniem się osób, rozmnożeniem żywności, cudownym sprowadzaniem pieniędzy, mistycznymi małżeństwami i niebiańskimi obrączkami, tajemniczą opieką, światłem i ogniem miłości, proroctwami, niewidzialnością, świętymi, którzy przewidzieli datę swej śmierci, stygmatami, darem języków, mistyczną wiedzą, zachowaniem się ciał od rozkładu, krwią o cudownych właściwościach, znakach i głosów "zza grobu", mannie i aromacie wydzielanym przez ciała świętych po ich śmierci oraz innych czynionych przez nich cudach (...)"


czwartek, 22 lutego 2024

DLA JEDNYCH OBCOWANIE ŚWIĘTYCH, DLA INNYCH FIZYKA KWANTOWA

 




zisiaj jestem niezwykle zaskoczona pewnymi opisami mojego stanu zdrowia. Powinnam świętować, a nie ślęczeć nad laptopem. Tak można by stwierdzić, ale przecież ja nie traktowałam prowadzenia żadnego z moich blogów, jako ślęczenie nad komputerem, czy marnowaniem czasu, jak to określają moi "znajomi obserwatorzy". Czytanie, pisanie itp. to rodzaj gimnastyki moich zwojów mózgowych. Usłyszałam od pewnej młodej doktor neurologii na prywatnym towarzyskim spotkaniu, że to najlepszy sposób na uniknięcie rozwoju choroby Alzheimera. Postanowiłam się tego trzymać. Obciążenie genetyczne tą chorobą w rodzinie jest dość wysokie. Mam o co walczyć. Nieważne, czy te moje rozważanie ktoś czyta, czy nie. Istotne są te momenty, kiedy mój mózg był aktywny w trakcie ich tworzenia. Wprawdzie choroba ta nie ominęła ludzi o aktywnych i światłych umysłach ludzi z różnych zawodów.

Od pewnego czasu wydawało mi się, że prowadzenie trybu siedzącego (w czasie aktywności zawodowej, jak i bardzo już długiego okresu emerytalnego) powinno "zaowocować" co najmniej, jeśli nie odciskami na pewnej części ciała, to jakimiś zakrzepami żylnymi.

No i ciekawość tę zaspokoiłam za cenę ca... 830 zł
Czy warto było?
Owszem.
Leżąc podczas badania przypominałam się pewnemu brodatemu zakonnikowi w kapturze. Nie dawałam mu spokoju.
Wykonano mi badania z krwi (D-dimery) oraz USG Dopler żył szyi i kończyn dolnych. Pani doktor jeszcze przed wręczeniem mi opisu stwierdziła, że wyniki są rewelacyjne.

Czy coś lub ktoś maczał tu swoje palce, nie wspominając o lekarzu radiologii?

Może św. Charbel, który już niemal rok atakowany jest przeze mnie prośbami o zdrowie?
A miał mój kochany święty dużo roboty, bo to, jak nie
prośba o uzdrowienie szwagra,
to moja ostroga piętowa (zapalenie rozcięgna podeszwowego) jednej nogi ,
to po ustąpieniu dolegliwości (chyba po to, żeby o św. Charbelu nie zapomnieć), druga noga "zaniemogła" na to samo.
A przecież nieustanne zanoszę prośby o zdrowie wnuków, których stan zdrowia na przemian tego wymaga.

Dzisiaj, też wyjeżdżając na badania na określoną godzinę, mimo blokady na trasie rolników i grożącym nam spóźnieniem, też angażowałam tego świętego - tylko nam pozwolono jechać zamkniętą trasą.
Już w domu dałam zadanie św. Charbelowi - "Kochany, tylko czyściutkie, przestronne żyły - tylko nieskalana żadnymi blaszkami miażdżycowymi krew".

Ktoś pomyślałby:
"Babciu... w twoim wieku, łasuchu wszelkich słodyczy w ogromnej ilości, niezachowujący żadnej diety, nie stosujący aktywności ruchowej, ha ha ha..."

A jednak wszystko jest możliwe.
św. Charbel to nie jedyny angażowany mieszkaniec nieba, atakowany przeze mnie, najczęściej wieczorami, ale przecież w każdym momencie dnia, w razie potrzeby.
Jest m.in. św. Ojciec Pio.
Ten był bardziej praktyczny. Za swojego życia atakowany pielgrzymami szukającymi pomocy w ogromnych rzeszach - ułożył specjalną modlitwę i teraz odsyła takich, jak ja, bezpośrednio do Najwyższego.
Można ją odmawiać codziennie, a za każdym razem zauważysz, że właśnie to ten dzisiejszy Twój przypadek znajduje się uwypuklony w modlitwie.
Jeśli wczoraj nie odczuwałaś bólu nogi, akapit o tym schorzeniu był Ci daleki, nawet zdziwieniem było zamieszczenie w modlitwie "podeszwy stóp". Traktowało się to jako określenie człowieka "w całości"- od podeszwy stóp po czubek jego głowy. A przecież w końcu przyszło mi modlić sie o moje podeszwy i czubek głowy pewnego Andrzeja.
Ale ... oczyszczenie żył(?).... przecież tyle razy, każdego dnia, wymawiałaś słowa modlitwy, nie zatrzymując się w tym momencie.
W modlitwie wymienione podeszwy stóp... No tak... przecież dotknęło mnie "zapalenie rozcięgna podeszwowego". Ktoś pomyślał i o tym...

Modlitwa św. Ojca Pio o uzdrowienie
„Ojcze Niebieski, dziękuję Ci za to, że mnie kochasz.
Dziękuję Ci za zesłanie Twojego Syna, Pana naszego Jezusa Chrystusa na świat, aby mnie zbawił i uwolnił.
Ufam w Twą moc i łaskę, która wspiera i leczy mnie.
Kochający Ojcze, dotknij mnie teraz swoimi uzdrawiającymi dłońmi, abym uwierzył, że Twoja dobra wola jest dla mnie, mojego umysłu, ciała i duszy.

Okryj mnie najszlachetniejszą krwią Twojego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa od czubka mej głowy do podeszwy mych stóp.
Wyrzuć to, czego nie powinno być we mnie.
Wylecz niezdrowe i nieprawidłowe komórki.
Otwórz zablokowane tętnice i żyły oraz odbuduj i dopełnij wszelkie uszkodzenia. Usuń wszystkie stany zapalne i przemyj infekcje mocą najdroższej krwi Jezusa. Niech ogień Twej uzdrawiającej miłości przejdzie przez całe moje ciało w celu uzdrowienia tak, aby funkcjonowało ono w sposób w jaki Ty je stworzyłeś.
Dotknij też mego umysłu i moich emocji, nawet najgłębszych zakamarków mojego serca.
Napełnij mnie swoją obecnością, miłością, radością oraz pokojem i przyciągaj jeszcze bliżej do siebie w każdym momencie mojego życia.
Ojcze, napełnij mnie Swoim Duchem Świętym i upoważnij do czynienia wszystkiego co się da, aby moje życie przynosiło chwałę i cześć Twemu świętemu imieniu.
Proszę Cię o to w imię Pana Jezusa Chrystusa. Amen.”

To tak, jak kobieta znajdująca sie w ciąży nagle zauważa na ulicy inne kobiety w tym samym stanie.
Coś dla mężczyzn... Kupujesz sobie auto określonej marki i o dziwo... ile takich aut pojawia się na ulicach, gdzie one dotąd były?

Sceptycy wpływu obcowania ze świętymi mogą znaleźć wytłumaczenie tych sytuacji np. w fizyce kwantowej.

Jeden z fizyków - Ulrich Warnke - niemiecki naukowiec, który pracował jako wykładowca na Uniwersytecie Kalifornijskim oraz Uniwersytecie Kraju Saary twierdzi, że zgodnie z zasadami fizyki kwantowej, nasze myśli mają bezpośrednie przełożenie na to, co spotyka nas w świecie materialnym.