Translate

niedziela, 29 marca 2026

NIEDZIELA PALMOWA W/G WIDZEŃ MARII VALTORTY

Ikona ( autor niezindetyfikowany)
"Wjazd Jezusa do Jerozolimy"

 

Maria Valtorta 
 POEMAT BOGA-CZŁOWIEKA – KSIĘGA VI
MĘKA JEZUSA CHRYSTUSA

Niedziela Palmowa

"(...)Ze wzgórza w pobliżu Jerozolimy Jezus patrzy na miasto, które rozciąga się u Jego stóp. Wzgórze nie jest bardzo wysokie. Najwyżej takie, jak S. Miniato we Florencji, wystarczy jednak, by objąć okiem wszystkie domy i uliczki pnące się w górę i opadające, na małych wzniesieniach terenu, na których położona jest Jerozolima. Chociaż gdyby to wzgórze zestawić z najniższym punktem miasta, okazałoby się pewnie, że jest o wiele wyższe. Nie jest to Kalwaria, bo znajduje się bliżej murów niż ona. Wzniesienie zaczyna się całkiem blisko murów i wznosi się szybko, oddalając się od nich, podczas gdy z drugiej strony opada łagodnie ku całkiem zielonym polom, rozciągającym się na wschodzie, jeśli oceniać według słońca.
 Jezus i Jego [apostołowie] są w zagajniku, w cieniu, siedzą. Wypoczywają po przebytej drodze. Potem Jezus wstaje, opuszcza zadrzewione miejsce, w którym siedział, i idzie na sam szczyt wzniesienia. Jego wysoka sylwetka jest wyraźnie widoczna w pustej, otaczającej Go okolicy. Wydaje się jeszcze wyższy, gdy tak stoi, sam. Jest w niebieskim płaszczu. Ręce ma przyciśnięte do piersi i spogląda bardzo, bardzo poważnie. Apostołowie obserwują Go w spokoju, nie poruszając się ani nie odzywając. Muszą myśleć, że oddalił się na modlitwę. [por. Łk 19,41n ] 
Jezus jednak nie modli się. Bardzo długo patrzył na miasto i na wszystkie jego dzielnice, na wszystkie budowle, na wszystkie jego osobliwości. Czasem zatrzymywał na długo wzrok na tym lub innym szczególe, czasem zaś [patrzył] z mniejszą uwagą. Potem zaczyna płakać. Bez łkania i cicho. Łzy napełniają Mu oczy, potem płyną i toczą się po policzkach, i spadają na ziemię... łzy ciche i tak smutne jak łzy tego, kto wie, że musi płakać, sam, nie mając nadziei na pociechę ani na czyjekolwiek zrozumienie. Z powodu boleści, która nie może być zniesiona i która musi być wycierpiana do końca.   Brat Jana, z powodu zajmowanego miejsca, pierwszy zauważa te łzy i mówi innym, którzy spoglądają na siebie zaskoczeni. 
«Nikt z nas nie uczynił nic złego» – mówi ktoś. A inny: 
«Tłum również nas nie znieważył. Nie ma nikogo, kto byłby Mu wrogiem.» 
«Dlaczego więc tak płacze?» – pyta najstarszy ze wszystkich. 
Piotr i Jan wstają razem i podchodzą do Nauczyciela. Myślą, że jedyna rzecz, jaką mogą uczynić, to dać Mu odczuć, że Go kochają i zapytać Go, co Mu jest. 
«Nauczycielu, płaczesz?» – pyta Jan kładąc swą jasną głowę na ramieniu Jezusa, który przewyższa go o głowę.
 A Piotr – obejmując Go w pasie i niemal odwracając ku sobie, by Go przyciągnąć – mówi:  «Coś sprawia Ci cierpienie, Jezu? Powiedz o tym nam, którzy Cię kochamy.» 
 Jezus opiera policzek o jasną głowę Jana i otacza ramieniem Piotra. Pozostają tak objęci wszyscy trzej, w pozie wyrażającej miłość. Łzy jednak nie przestają płynąć. Jan, który czuje, jak spadają mu na włosy, znowu pyta: 
 «Dlaczego płaczesz, mój Nauczycielu? Być może przysporzyliśmy Ci trosk?» 
  Inni apostołowie przyłączyli się do tej miłującej się grupy i czekają z niepokojem na odpowiedź. 
 «Nie – mówi Jezus – nie wy. Wy jesteście dla Mnie przyjaciółmi, a przyjaźń, jeśli jest szczera, jest balsamem i uśmiechem, nigdy – łzą. Chciałbym, abyście zawsze pozostali Moimi przyjaciółmi. Nawet teraz, gdy wejdziemy w zepsucie, które fermentuje i niszczy tego, kto nie ma zdecydowanego pragnienia pozostać uczciwym.» 
 «Dokąd idziemy, Nauczycielu? Nie do Jerozolimy? Tłum pozdrowił Cię już radośnie. Czy chcesz ich zawieść? Pójdziemy może do Samarii dla jakiegoś cudu? Właśnie teraz, gdy Pascha jest tak bliska?»   Pytania padają równocześnie z wielu miejsc. Jezus podnosi ręce, nakazuje ciszę, a potem wskazuje prawą ręką miasto, gestem siewcy rozrzucającego przed sobą ziarna, i mówi: 
  «[To miasto] jest Zepsuciem. Wchodzimy do Jerozolimy. Wchodzimy tam. I tylko Najwyższy wie, jak bardzo chciałbym ją uświęcić, wnosząc tu Świętość, przychodzącą z Niebios. Ponownie uświęcić tę, która powinna być Miastem Świętym. Jednak nie będę potrafił tego uczynić. Jest zepsuta i zepsutą pozostaje. I fale świętości, które wytryskują z żywej Świątyni – a które jeszcze bardziej będą wypływać wkrótce, aż do pozbawienia Jej życia – nie wystarczą do ocalenia Jerozolimy. Samaria i świat pogański przyjdą do Świętego. Na [miejscu] zwodniczych świątyń wzniosą się świątynie Boga prawdziwego. Serca pogan będą adorować Chrystusa. Ale ten lud, to miasto będzie Mu zawsze wrogie i jego nienawiść doprowadzi go do największego grzechu. To ma się wydarzyć. Ale biada tym, którzy będą narzędziami tej zbrodni. Biada!...» 
 Jezus patrzy uważnie na Judasza, który stoi prawie przed Nim.  
 «To nam się nigdy nie przydarzy. Jesteśmy Twoimi apostołami i wierzymy w Ciebie, gotowi jesteśmy umrzeć za Ciebie» – kłamie Judasz bezwstydnie i wytrzymuje spojrzenie Jezusa bez zmieszania. 
  Inni dołączają do protestu. Jezus odpowiada wszystkim, unikając dawania odpowiedzi samemu Judaszowi: 
 «Oby zechciało Niebo, żebyście tacy byli. Ale jest w was jeszcze wielka słabość i pokusa mogłaby uczynić was podobnymi do tych, którzy Mnie nienawidzą. Módlcie się bardzo dużo i uważajcie na siebie. Szatan wie, że wkrótce zostanie pokonany i chce zemścić się, odrywając was ode Mnie. Szatan jest wokół nas wszystkich. Przy Mnie, aby przeszkodzić Mi w spełnieniu woli Ojca i wypełnieniu Mojego posłannictwa. Przy was, ażeby uczynić was swymi sługami. Czuwajcie. Pośród tych murów szatan porwie tego, kto nie będzie umiał być mocnym; tego, dla którego przekleństwem będzie fakt, iż został wybrany, gdyż nadał temu wyborowi ludzki cel. Wybrałem was dla Królestwa Niebieskiego, a nie dla królestwa tego świata. Pamiętajcie o tym. 35 [por. Łk 19,42n ] 
 A ty, miasto, które pragniesz swej ruiny, nad którą płaczę, wiedz, że twój Chrystus modli się o twoje ocalenie. O, gdybyś przynajmniej w tej godzinie, która ci pozostaje, umiało przyjść do Tego, który byłby twoim pokojem! Gdybyś przynajmniej zrozumiało w tej godzinie Miłość, która przechodzi pośród ciebie, i gdybyś zrzuciło z siebie nienawiść, która cię zaślepia i doprowadza do szaleństwa, czyniąc okrutnym dla siebie samego i dla twojego dobra. Ale nadejdzie dzień, gdy przypomnisz sobie tę chwilę! Zbyt późno będzie wtedy na płacz i żal! Miłość zejdzie i zniknie z twoich ulic, a pozostanie Nienawiść, którąś wolało. I nienawiść skieruje się na ciebie i twoje dzieci. Posiada się bowiem to, czego się chciało, a za nienawiść płaci się nienawiścią. I nie będzie wtedy nienawiści mocnych przeciwko bezbronnemu, lecz nienawiść przeciwko nienawiści, a stąd – wojna i śmierć. Otoczą cię okopy i wojska. Będziesz jęczeć, zanim zostaniesz zniszczone. Zobaczysz, jak padają twoje dzieci od broni i głodu. Te, które przeżyją, zostaną wzięte do niewoli i wzgardzone. I będziesz błagać o miłosierdzie, jednak nie znajdziesz go już, boś nie chciało poznać swego Zbawienia. 
  Płaczę, przyjaciele, bo mam serce człowieka i ruina ojczyzny wyciska Mi łzy. Jednak spełnia się to, co jest słuszne, gdyż zepsucie przekracza w tych murach wszelkie granice i ściąga karę Bożą. Biada obywatelom będącym przyczyną nieszczęścia ojczyzny! Biada przywódcom, którzy są jego główną przyczyną. Biada tym, którzy powinni być święci, by doprowadzić innych do uczciwości, a tymczasem znieważają Dom swej posługi i samych siebie! Przyjdźcie, [w przeciwnym razie] na nic nie zda się Moje działanie. Sprawimy, że Światłość zabłyśnie jeszcze raz pośród Ciemności!» 
 Jezus schodzi wraz ze Swoimi [apostołami]. Oddala się pospiesznie drogą, z poważnym obliczem, wręcz smutnym. Nie odzywa się. Wchodzi do domku u stóp wzgórza i nie widzę nic więcej.
 Jezus mówi: «Scena przedstawiona przez Łukasza wydaje się pozbawiona spójności, jakby nielogiczna. Opłakuję nieszczęście winnego miasta, a nie potrafię współczuć jego mieszkańcom? Nie, nie potrafię, nie mogę współczuć, bo przecież właśnie postawy [mieszkańców] rodzą nieszczęścia. Dostrzeganie ich zwiększa tylko Mój ból. Mój gniew na bezczeszczących Świątynię jest logicznym następstwem Mojego rozważania przyszłych nieszczęść Jerozolimy. To zawsze znieważanie kultu Bożego, Prawa Bożego sprowadza kary Niebios. Czyniąc z Domu Bożego jaskinię zbójców, ci niegodni kapłani i ci niegodni wierzący (z imienia tylko) ściągają na cały naród przekleństwo i śmierć. To zbędne nadawać takie czy inne imię złu, które wywołuje cierpienie jakiegoś narodu. Szukajcie w tym właściwego imienia: “Kara za życie podobne [do życia] dzikich zwierząt”. Bóg się wycofuje, a zło – posuwa się naprzód. Oto owoc życia narodu, niegodnego nazwy: chrześcijański. Jak wtedy tak i teraz, w tym odcinku wieku, nie szczędziłem cudów, aby wstrząsnąć i ponownie przywołać. Jednak jak wtedy Ja, tak [i teraz] Moje narzędzia zetknęły się tylko z drwiną, obojętnością i nienawiścią. Pojedyncze osoby i narody niech jednak przypomną sobie, że na próżno płaczą, skoro wcześniej nie chciały poznać swego zbawienia. Na próżno Mnie wzywają, bo w godzinie, kiedy byłem z nimi, wypędzili Mnie świętokradzką wojną, która – rozpoczynając się od poszczególnych sumień, oddanych Złemu – rozprzestrzeniła się na wszystkie Narody. Kraje nie wybawiają się w tej mierze przez wojska, co przez formę życia, która przyciąga opiekę Nieba. Odpocznij, mały Janie. I trwaj zawsze w wierności swemu wyborowi. Idź w pokoju.» Co za zmęczenie! Już dłużej naprawdę nie mogę...

 Jezus zdążył zaledwie wejść do domu, by pobłogosławić jego mieszkańców, a już słychać radosne odgłosy grzechotek i odświętne głosy. Zaraz potem wychudła i blada twarz Izaaka ukazuje się w otworze drzwi i wierny pasterz wchodzi, i upada na twarz przed swym Panem Jezusem. 
 We drzwiach otwartych na oścież tłoczą się liczne twarze, a z tyłu widać inne... Przepychają się, śpieszą się, chcą iść do przodu... Kilka niewieścich krzyków, kilka łez dzieci, stojących w ścisku, i powitania, radosne okrzyki: 
  «Szczęśliwy dzień, który Cię do nas przyprowadził! Pokój Tobie, Panie! Szczęśliwy powrót, o Nauczycielu, aby nas wynagrodzić za wierność.»  Jezus wstaje i daje znak, że będzie mówił. Wszyscy milkną i słychać wyraźnie głos Jezusa: 
 «Pokój wam! Nie tłoczcie się! Teraz wejdziemy razem do Świątyni. Przyszedłem po to, by być z wami. Pokój! Pokój! Nie wyrządzajcie sobie zła. Zróbcie przejście, Moi umiłowani! Pozwólcie Mi przejść i podążajcie za Mną, abyśmy weszli razem do Miasta Świętego.» [por. Mt 21,7n ; Mk 11,7n ; Łk 19,35n , J 12,12n ] 
 Ludzie są bardziej lub mniej posłuszni, robią nieco miejsca, dość, by Jezus mógł wyjść i wsiąść na osiołka. Jezus bowiem wskazuje na źrebię, którego jeszcze nikt nie dosiadał, jako na Swego wierzchowca. Wtedy bogaci pielgrzymi, ściśnięci w tłumie, rozpościerają na grzbiecie osiołka bogate płaszcze. Ktoś przyklęka i pochyla się ku ziemi, inny zaś robi stopień dla Pana, który siada na Swego osła. Ruszają w drogę. Piotr idzie koło Nauczyciela, a z drugiej strony Izaak trzyma wodze zwierzęcia. Nie jest ono przyzwyczajone, a jednak kroczy spokojnie, jakby to widowisko było w jego zwyczaju. Nie płoszy się i nie lęka kwiatów, które – rzucane ku Jezusowi – uderzają często osła w ślepia, muskają mu pysk. [Nie lęka się] też gałązek oliwnych i palmowych, poruszanych przed nim i wokół niego, rzucanych na ziemię, aby służyć za dywan z kwiatów, ani coraz głośniejszych krzyków:  «Hosanna, Synowi Dawidowemu!» 
 Wznoszą się one ku pogodnemu niebu. Tłum zaś powiększa się coraz bardziej o nowo przybyłych. Przejście przez Betfage, ulicami wąskimi i krętymi, nie jest rzeczą prostą. Matki muszą brać dzieci na ręce, a mężczyźni – chronić kobiety przed zbyt gwałtownymi szturchańcami. Jeden z ojców bierze syna na ramiona, “na barana”, i niesie go tak w górze, ponad tłumem. Głosy dzieci wydają się beczeniem owieczek lub piskiem jaskółek, a ich rączki rzucają kwiaty i listki z oliwek, podawane im przez matki, i posyłają pocałunki swemu słodkiemu Jezusowi... 
 Zaraz po wyjściu z wąskich uliczek małej osady pochód się rozluźnia i porządkuje. Liczni ochotnicy udają się na przód, aby otwierać orszak, oczyszczać drogę, a inni idą za nimi, rozrzucając na ziemi gałązki. Ktoś pierwszy rzuca swój płaszcz, aby posłużył za dywan, a potem ktoś inny i czterech, dziesięciu, stu i tysiąc naśladuje go. Droga ma pośrodku wielokolorowe pasmo szat rozścielonych na ziemi. Po przejściu Jezusa zbiera się je i zanosi na przód,  z innymi, z jeszcze innymi... I wciąż kwiaty, gałązki, liście palmowe poruszają się lub są rzucane na ziemię... I okrzyki mocniejsze podnoszą się zewsząd na cześć Króla Izraela, pod adresem Syna Dawida, Jego Królestwa! 
 Żołnierze pełniący straż przy bramie wychodzą zobaczyć, co się dzieje. Ale to nie bunt, więc wsparci na swych włóczniach stają na boku i obserwują – ze zdziwieniem lub ironią – dziwny pochód tego Króla siedzącego na ośle, pięknego jak bóg, prostego jak najuboższy z ludzi, łagodnego, błogosławiącego... otoczonego niewiastami i dziećmi, mężczyznami bez broni, którzy krzyczą:   «Pokój! Pokój!» [Patrzą na] tego Króla. On zaś przed wjazdem do miasta zatrzymuje się na chwilę na wysokości grobów trędowatych z Hinnom i Siloan. (Sądzę, że to są te miejsca, w których widziałam wcześniej cuda uzdrowienia trędowatych.) Wspiera się na jedynym strzemieniu, w którym spoczywa Jego stopa, bo siedzi na ośle, a nie na koniu, podnosi się, otwiera ramiona i woła ku tym straszliwym stokom. Ukazują się na nich przerażające twarze i ciała. Patrzą na Jezusa i wznoszą ku Niemu żałosny okrzyk trędowatych:   «Jesteśmy zarażeni!»
 [Czynią to,] aby odsunęli się nieostrożni, którzy, żeby widzieć Jezusa, wspięliby się nawet na zarażone tarasy. Jezus woła: 
 «Niech ten, kto ma wiarę, wezwie Mojego imienia i niech otrzyma dzięki temu zdrowie!» 
  Błogosławi ich, udając się w dalszą drogę i nakazując Judaszowi z Kariotu: 
  «Zakupisz żywność dla trędowatych i wraz z Szymonem zaniesiesz im ją przed zmierzchem.»   Pochód udaje się pod sklepienie Bramy Siloan, a potem jak strumień wlewa się do miasta. Przechodzi przez przedmieście Ofel, gdzie każdy taras stał się małym placykiem na powietrzu, wypełnionym ludźmi, którzy wołają: 
  «Hosanna!» 
 Rzucają kwiaty i rozlewają na drogę wonności, próbując wylać je na Nauczyciela. Powietrze napełnia zapach kwiatów ginących pod stopami tłumu i wonności, które rozlewają się w powietrzu, nim spadną w proch drogi. Krzyk tłumu wydaje się wzrastać i nasilać się, jakby każdy krzyczał do rogu, bo liczne archiwolty, których pełno jest w Jerozolimie, wzmacniają go i nie przestaje brzmieć.   Słyszę, jak krzyczą, i sądzę, iż oznacza to to, co mówią ewangeliści: “Szalem, szalem, melchil!” (lub „malchit‟). Usiłuję oddać brzmienie tych słów, lecz to trudne, bo zawierają głoski, których nie ma w naszym języku. Jest to stały dźwięk. Przypomina ten, jaki wydaje wzburzone morze, na które jeszcze nie spadł z łoskotem bałwan uderzający plażę i podwodne skały, a który inna fala już zbiera i podnosi w nowym plusku, nigdy się nie zatrzymując. Jestem nim ogłuszona! 
  Wonności, zapachy, krzyki, gałązki i szaty, które poruszają się, kolory... To odurzająca wizja. Widzę tłum, który nie przestaje się mieszać. Znane twarze pojawiają się i znikają: wszyscy uczniowie ze wszystkich zakątków Palestyny, wszyscy, którzy idą za Jezusem... Widzę przez chwilę Jaira. Dostrzegam Jajasza, wraz z matką, młodzieńca z Pelli (tak mi się wydaje), który był niewidomy, a  którego Jezus uzdrowił. Widzę Joachima z Bozry i wieśniaka z równiny Szaron, z jego braćmi. Zauważam starego i samotnego Mateusza, z miejsca blisko Jordanu (na wschodnim brzegu), u którego Jezus znalazł schronienie, kiedy wszystko było zalane. Widzę Zacheusza z jego nawróconymi przyjaciółmi. Dostrzegam starego Jana z Nob, z niemal wszystkimi mieszkańcami, widzę męża Sary z Jutty... Któż jednak może zapamiętać te oblicza i te imiona, skoro jest to kalejdoskop twarzy znanych i nieznanych, widzianych wiele razy bądź tylko jeden raz?... Oto teraz twarz pastuszka, zabranego w Enon. A przy nim – uczeń z Korozain, który porzucił pochówek ojca, aby iść za Jezusem; a całkiem blisko, przez chwilę – ojciec i matka Beniamina z Kafarnaum z ich młodym synem, który wpadłby pod kopyta osła, rzucając się do przodu, żeby go Jezus pogłaskał. I – niestety – twarze faryzeuszy i uczonych w Piśmie, posiniałe z gniewu z powodu tego tryumfu. Arogancko przedzierają się przez pierścień miłości, zaciskający się wokół Jezusa, i krzyczą do Niego: [por. Łk 19,39n ] 
 «Każ zamilknąć tym szaleńcom! Przywołaj ich do rozsądku! To jedynie Bogu wołamy: „hosanna‟. Powiedz im, żeby zamilkli!» 
 Jezus odpowiada na to łagodnie: 
  «Nawet gdybym im powiedział, że mają zamilknąć, i gdyby Mnie posłuchali, kamienie wołałyby o cudach Słowa Bożego.» 
 Ludzie wołają: 
 «Hosanna! Hosanna Synowi Dawidowemu! Błogosławiony ten, który idzie w imię Pana! Hosanna Jemu i Jego Królestwu! Bóg jest z nami! Emmanuel przybył! Przyszło Królestwo Chrystusa Pańskiego! Hosanna! Hosanna od ziemi po Niebiosa! Pokój! Pokój, mój Królu! Pokój i błogosławieństwo Tobie, święty Królu! Pokój i chwała w Niebiosach i na ziemi! Chwała Bogu za Jego Chrystusa! Pokój ludziom, którzy potrafią Go przyjąć! Pokój na ziemi ludziom dobrej woli i chwała w Niebiosach Najwyższych, bo godzina Pana nadeszła!» 
  Ten ostatni okrzyk wznosi zwarta grupa pasterzy. Powtarzają to wołanie od narodzenia. Oprócz tych stałych okrzyków [są i opowiadania]: ludzie z Palestyny mówią pielgrzymom z Diaspory o cudach, jakie widzieli. Tym zaś – którzy nie wiedzą, co się dzieje, cudzoziemcom, którzy przypadkowo znajdują się w mieście i pytają: «Kimże On jest? Cóż to się dzieje?» – wyjaśniają: 
  «To Jezus! Jezus, Nauczyciel z Nazaretu w Galilei! Prorok! Mesjasz Pana! Obiecany! Święty!» 
  Z domu – który zaledwie minęli, bo w tym zamęcie marsz jest bardzo wolny – wychodzi grupa dobrze zbudowanych młodych ludzi. Niosą w górze miedziane wazy pełne zapalonych węgli i kadzidła, które płonąc rozsiewa obłoki pachnącego dymu. Gest ich spotyka się z uznaniem i jest naśladowany. Wielu biegnie naprzód lub powraca do domów, aby wziąć ogień i pachnącą żywicę i aby ją zapalić ku czci Chrystusa. 
  Widać dom Annalii, taras opleciony winoroślą z nowymi listkami, drżącymi w słabym kwietniowym wietrze. Na nim, od strony ulicy, szereg młodych dziewcząt, pośród których stoi Annalia. Mają białe szaty, białe welony i koszyki pełne zerwanych różanych płatków i konwalii, które już lecą w powietrzu. 
 «Dziewice Izraela pozdrawiają Ciebie, Panie!» – mówi Jan. 
   Utorował sobie drogę i jest teraz u boku Jezusa, aby przyciągnąć Jego uwagę ku tej girlandzie czystości, która pochyla się z uśmiechem przy balustradzie, aby rozrzucić płatki czerwone jak krew i konwalie białe jak perły. Jezus ściąga na  chwilę lejce i zatrzymuje oślę. Podnosi głowę i rękę, by pobłogosławić to dziewictwo zakochane w Nim aż do odrzucenia wszelkiej miłości ziemskiej. Annalia przechyla się i woła: 
 «Widziałam, o mój Panie, Twój tryumf! Weź moje życie za Twoją powszechną chwałę, Jezu!» – [Annalia] pozdrawia Go, wołając bardzo głośno, gdy Zbawiciel mija jej dom i posuwa się naprzód. 
  I inny krzyk, odmienny, wznosi się ponad zgiełkiem tłumu. Ludzie jednak, choć go słyszą, nie zatrzymują się. To rozentuzjazmowana rzeka: rzeka ludzi w gorączce, która nie potrafi się zatrzymać. Gdy ostatnie fale tej rzeki są jeszcze poza bramą, pierwsze już wspinają się na wzniesienia prowadzące do Świątyni. 
 «Twoja Matka!» – mówi Piotr, wskazując dom prawie na rogu drogi prowadzącej na górę Moria, którą pochód się kieruje. Jezus podnosi głowę, by się uśmiechnąć do Swej Matki, która jest wysoko, pomiędzy wiernymi niewiastami. 
 Spotkanie z dużą karawaną zatrzymuje pochód kilka metrów po przejściu obok domu. Kiedy Jezus staje wraz z innymi – głaszcząc dzieci, które podają Mu matki – jakiś mężczyzna biegnie, torując sobie przejście i wołając: 
«Pozwólcie mi przejść! Niewiasta umarła. Młoda dziewczyna. Nagle. Jej matka wzywa Nauczyciela. Pozwólcie mi przejść! On już raz ją ocalił!» 
 Ludzie robią mu przejście i mężczyzna podbiega do Jezusa: 
 «Nauczycielu, córka Elizy umarła. Pozdrowiła cię swym okrzykiem, a potem przechyliła się do tyłu, mówiąc: “Jestem szczęśliwa”, i wydała ostatnie tchnienie. Jej serce pękło z radości, widząc Twój tryumf. Jej matka dojrzała mnie z tarasu blisko domu i wysłała mnie, by Cię wezwać. Chodź, Nauczycielu.» 
 «Umarła! Umarła Annalia! Ależ jeszcze wczoraj była zdrowa, dobrze się czuła, była szczęśliwa!»   Apostołowie gromadzą się zaskoczeni, także pasterze. Wszyscy widzieli ją wczoraj w doskonałym zdrowiu. Przed chwilą widzieli ją zaróżowioną, roześmianą... Nie potrafią pojąć tego nieszczęścia... Pytają, dowiadują się o szczegóły... 
 «Nie wiem. Wszyscy słyszeliście jej słowa. Mówiła pewnym, silnym głosem. Potem widziałem, jak przechyliła się do tyłu, bledsza niż jej szata, i usłyszałem krzyk jej matki... Nic więcej nie wiem.»   «Nie ulegajcie wzburzeniu, ona nie umarła. To kwiat, który upadł, a aniołowie Boży podnieśli go, aby go zanieść na łono Abrahama. Wkrótce lilia ziemi otworzy się szczęśliwa w Raju, zapominając na zawsze o potworności świata. Mężu, powiedz Elizie, aby nie płakała nad losem swego dziecka. Powiedz jej, że otrzymała wielką łaskę od Boga i że za sześć dni zrozumie, jakiej łaski Bóg udzielił jej córce. Nie płaczcie. Niech nikt nie płacze. Jej tryumf jest większy od Mojego, bo aniołowie prowadzą dziewicę do pokoju sprawiedliwych. I to jest tryumf wieczny, który będzie wzrastał, nigdy nie doznając upadku. Zaprawdę mówię wam, że to nad wami wszystkimi, a nie nad Annalią, powinniście płakać. Chodźmy.» 
 Jezus powtarza apostołom i tym, którzy Go otaczają: 
  «Kwiat upadł. Zasnęła w pokoju i podnieśli ją aniołowie. Błogosławiona ta, która jest czysta ciałem i sercem, bo wkrótce będzie oglądać Boga.» 
 «Ale z jakiego powodu umarła, Panie?» – pyta Piotr, nie mogąc w to uwierzyć. «Z miłości, z ekstazy. Z nieskończonej radości. Szczęśliwa śmierć!» Ci, którzy są daleko, nic nie wiedzą. Okrzyki „hosanna‟ trwają więc nadal, choć w pobliżu Jezusa uformował się krąg zamyślonych, milczących [osób]. Ciszę przerywa Jan: 
  «O, i ja chciałbym umrzeć podobną śmiercią przed godzinami, które mają nadejść!» «Ja też – mówi Izaak. – Chciałbym ujrzeć twarz młodej dziewczyny, która umarła z miłości do Ciebie...» 
  «Proszę was, ofiarujcie Mi swoje pragnienie. Potrzebuję was blisko Siebie...» 
   «Nie pozostawimy Cię, Panie. Lecz dla tej matki żadnej pociechy?» – pyta Natanael.   «Zatroszczę się o to...» [por. Mt 21,12n ; Mk 11,15n ; Łk 19,45n ] 
 Są u bram murów Świątyni. Jezus zsiada z osła, którym zajmuje się ktoś z Betfage. Trzeba wspomnieć, że Jezus nie zatrzymał się przy pierwszej bramie świątynnej, lecz podążał wzdłuż murów, stając dopiero wtedy, gdy znalazł się od strony północnej, blisko [wieży] Antonia. To tu zsiada i wchodzi do Świątyni, jakby chciał okazać, że nie ukrywa się przed sprawującymi władzę i czuje się niewinny w całym Swym zachowaniu. Na pierwszym dziedzińcu jak zwykle – wrzawa, z powodu wymieniających [pieniądze] i sprzedających gołąbki, wróble i baranki. Tyle tylko, że teraz sprzedający są sami, bo wszyscy pobiegli ujrzeć Jezusa. Jezus wchodzi. Wygląda odświętnie. Ma na Sobie purpurową szatę. Patrzy na to targowisko i na grupę faryzeuszy i uczonych w Piśmie, którzy Go obserwują [stojąc] pod portykiem. Jego spojrzenie płonie oburzeniem. Idzie pospiesznie na środek dziedzińca. Jego nieoczekiwany zryw wydaje się lotem – lotem płomienia, bo Jego szata, w słońcu zalewającym dziedziniec, jest jak płomień. Jezus grzmi potężnym głosem: 
 «Wynoście się z domu Mojego Ojca! To nie jest miejsce lichwy i targu. Napisane jest: “Mój dom nazwany będzie domem modlitwy.” Dlaczego więc dom, w którym wzywa się Imienia Pana, uczyniliście jaskinią złodziei? Wynoście się stąd! Precz stąd złodzieje, oszuści, bezwstydnicy, zbrodniarze, bluźniercy, bałwochwalcy oddający się najgorszemu bałwochwalstwu – temu, które odnosi się do pysznego ja – gorszyciele i kłamcy. Precz! Precz! Bo inaczej Bóg Najwyższy zmiecie na zawsze to miejsce i dokona pomsty na całym ludzie.» 
 Nie powtarza chłosty, jak poprzednio. Ponieważ jednak kupcy i wymieniający pieniądze ociągają się z posłuszeństwem, Jezus podchodzi do najbliższego stołu i przewraca go. Wagi i monety spadają na ziemię. Sprzedawcy i wymieniający pieniądze pospiesznie wykonują polecenie Jezusa, mając przykład tego, co może zrobić. A Jezus woła za nimi: 
 «Ileż razy mam wam powtarzać, że ma to być miejsce modlitwy, a nie – brudu?» 
  Jezus patrzy na ludzi Świątyni, którzy – posłuszni poleceniom Najwyższego Kapłana – nie czynią niczego w odwecie. Kiedy dziedziniec jest już oczyszczony,  Jezus idzie w stronę portyków. Gromadzą się tam niewidomi, paralitycy, niemi, sparaliżowani i inni strapieni, którzy przyzywają Go głośnymi okrzykami.   
 «Cóż chcecie, abym wam uczynił?» «Wzroku, Panie! Moje nogi! Niech mój syn przemówi! Niech moja żona wyzdrowieje! Wierzymy w Ciebie, Synu Boga!» 
 «Niech Bóg was wysłucha. Powstańcie i wychwalajcie Pana!» 
 Jezus nie uzdrawia licznych chorych, jednego po drugim, lecz czyni szeroki gest ręką. Łaska i zdrowie zstępują na nieszczęśliwców, którzy prostują się, uzdrowieni, z okrzykami radości, mieszającymi się z wołaniem licznych dzieci, cisnących się ku Niemu. Powtarzają: 
 «Chwała, chwała Synowi Dawida! Hosanna Jezusowi z Nazaretu, Królowi królów, Panu panów!»   
  Faryzeusze, udając szacunek, wołają do Niego:     «Nauczycielu, czy je słyszysz? Te dzieci mówią to, czego nie wolno mówić. Skarć je! Niech zamilkną!»   «A dlaczego? Czyż król - prorok, król należący do Mojej rasy, nie powiedział: “Sprawiłeś, że usta dzieci i niemowląt głoszą doskonałą chwałę, aby zmieszać Twych wrogów”? Czyż nie czytaliście tych słów psalmisty? Pozwólcie dzieciom wypowiadać pochwały dla Mnie. Podpowiadają im je ich aniołowie, którzy bez przerwy patrzą na Mojego Ojca i znają tajemnice. Oni podpowiadają je tym niewinnym. Teraz pozwólcie Mi wszyscy pójść modlić się do Pana.» 
  Mijając ludzi, idzie na dziedziniec przeznaczony dla Izraelitów, aby się modlić... 
 A potem wychodząc inną bramą, przechodzi tuż obok sadzawki służącej do mycia zwierząt przeznaczonych na ofiarę, wychodzi z miasta, aby powrócić na zbocza Góry Oliwnej. 
 Apostołów ogarnął entuzjazm... Tryumf dodał im pewności i zapominają, całkowicie zapominają o wszelkim przerażeniu, wywołanym przez słowa Nauczyciela... Rozmawiają o wszystkim... Pali ich pragnienie dowiedzenia się czegoś o Annalii. Jezus powstrzymuje ich, nie bez trudu, przed udaniem się tam, zapewniając, że zatroszczy się o to w sposób Jemu znany... Głusi, głusi, głusi na wszelkie słowo Boskiego ostrzeżenia... Ludzie, ludzie, ludzie, których jeden krzyk: „hosanna‟, pozbawia pamięci o wszystkim... Jezus rozmawia ze sługami Marii z Magdali, którzy przyłączyli się do Niego w Świątyni, a potem ich odprawia...
 «A teraz, dokąd idziemy?» – pyta Filip.
 «Do domu Marka, syna Jonasza?» – pyta Jan.  «Nie. Do obozowiska Galilejczyków. Być może Moi bracia przybyli i chcę ich powitać» – odpowiada Jezus.
 «Mógłbyś to uczynić jutro» – zauważa Tadeusz.  «Dobrze jest to uczynić wtedy, gdy można to zrobić. Chodźmy do Galilejczyków. Będą zadowoleni, widząc nas. Wy dowiecie się o swoich rodzinach. Ja ujrzę dzieci...» 
 «A dziś wieczorem? Gdzie będziemy spali? W mieście? W jakim miejscu? Tam, gdzie jest Twoja Matka? A może u Joanny [małżonki Chuzy]?» – dopytuje się Judasz Iskariota. 
 «Nie wiem. Z pewnością nie w mieście. Być może w jakimś galilejskim namiocie...» 
 «A dlaczego?» [– pyta dalej Judasz.] 
 «Bo jestem Galilejczykiem i kocham Moją ojczyznę. Chodźmy» [– odpowiada Judaszowi Jezus.] 
 Udają się w drogę, aby dojść do obozu galilejskiego, który jest w sadzie oliwnym, od strony Betanii. Jest to całe skupisko namiotów, zupełnie białych w radosnym kwietniowym słońcu. 

Jezus mówi: «Moja cierpliwa sekretarko, umieść tutaj wizję: “Wieczór w Niedzielę Palmową” (z 4 marca 1945)Mój pokój niech będzie z tobą.

 10. WIECZÓR NIEDZIELI PALMOWEJ 
Napisane 4 marca 1945. A, 11418-11428 

Jezus przebywa ze Swoimi [apostołami] w spokoju Ogrodu Oliwnego. Jest wieczór, niezbyt chłodny wieczór, przy pełni księżyca. Siedzą na naturalnych miejscach do siedzenia, jakie tworzą w Ogrodzie Oliwnym [stopnie] stoku, akurat pierwsze, jakie ukazują się na tym małym naturalnym placu, uformowanym z polany, zaraz na początku [Getsemani]. Cedron szemrze płynąc po kamieniach, i wydaje się mówić sam do siebie. Śpiew słowika, westchnienie wiatru i nic poza tym.   «Po tryumfie tego ranka bardzo odmienił się wasz duch. Cóż mam powiedzieć? Że jest podniesiony? O, tak! Według człowieka jest podniesiony. Weszliście bowiem do miasta, drżący z powodu Moich słów. Wydawało się, że – przez wzgląd na siebie – każdy bał się siepaczy za murami, gotowych do ataku, aby go uwięzić. 
  W każdym człowieku znajduje się drugi człowiek, który ujawnia się w trudnych chwilach. Jest bohater, który w godzinach największego niebezpieczeństwa wyłania się z kogoś łagodnego, zawsze widzianego i ocenianego przez świat jako bez znaczenia. To bohater, który mówi w walce: “Oto jestem”. Mówi do nieprzyjaciela, do despoty: “Zmierz się ze mną”. Jest [w człowieku] święty, który – kiedy wszyscy uciekają w przerażeniu przed okrutnikami spragnionymi ofiar – mówi: “Mnie weźcie jako zakładnika i ofiarę. Ja zapłacę za wszystkich.” Jest też cynik, który z powszechnych nieszczęść czerpie własną korzyść i śmieje się nad ciałami ofiar. Jest zdrajca, który ma specyficzną odwagę: odwagę [czynienia] zła. Ten zdrajca stanowi mieszankę cynizmu i tchórzostwa i także należy do kategorii ujawniającej się w trudnych chwilach. Cynicznie bowiem wyciąga korzyść z nieszczęścia i tchórzliwie przechodzi do stronnictwa mocniejszego. Ma śmiałość, dla uzyskania korzyści, stawiać czoło pogardzie nieprzyjaciół i przekleństwom porzuconych. Istnieje wreszcie – a jest to rodzaj najbardziej rozpowszechniony – tchórz, który w trudnej godzinie jest zdolny tylko do ubolewania, że został rozpoznany, jako należący do partii lub do człowieka obecnie wyklętego, i ucieka... Ten tchórz nie jest takim przestępcą, jak cynik, ani tak obrzydliwym, jak zdrajca. Ujawnia jednak zawsze niedoskonałość swej struktury duchowej.

Wy... tacy jesteście. Nie zaprzeczajcie. Czytam w sumieniach. Tego poranka myśleliście w waszych sercach: “Co będzie? I my pójdziemy na śmierć?” A najniższa część [waszej natury] jęczała: “O, nigdy!...” 
  Tak. Czy Ja was jednak kiedykolwiek zwodziłem? W pierwszych Moich pouczeniach mówiłem wam o prześladowaniu i o śmierci. A kiedy ktoś z was – z powodu nadmiernego podziwu chciał widzieć Mnie i chciał przedstawiać Mnie jako króla, jednego z biednych królów ziemi, zawsze biednego, nawet gdy jest królem i odnowicielem królestwa Izraela – natychmiast poprawiałem błąd i mówiłem: “Jestem królem ducha. Proponuję wyrzeczenia, ofiarę, cierpienia. Nie mam nic innego. Tu na ziemi nie mam nic innego. Ale po Mojej i po waszej śmierci, w Mojej wierze, dam wam Królestwo wieczne: Królestwo Niebieskie.” 
  Czy mówiłem wam może inaczej? Nie. Mówicie, że nie. A wy wtedy też mówiliście: “Tylko tego chcemy. Z Tobą, jak Ty, dla Ciebie chcemy być [tak samo] traktowani, [tak samo] cierpieć.” Tak. Mówiliście tak. I byliście szczerzy. A było tak dlatego, że rozumowaliście jak dzieci, nieuważne dzieci. Myśleliście, że łatwe będzie pójście za Mną i tak byliście przesiąknięci potrójną pożądliwością, że nie potrafiliście dopuścić, by było prawdą to, co wam ukazywałem. Myśleliście: “On jest Synem Bożym. Mówi tak, by wypróbować naszą miłość. Ale Jego nie może uderzyć człowiek. Przecież czyni cuda. Uczyni więc jakiś wielki cud dla Siebie!” I każdy dodawał: “Nie potrafię uwierzyć w to, że zostanie zdradzony, schwytany, zabity.” Tak mocna była wasza ludzka wiara w Moją potęgę, że doszliście do odrzucenia wiary w Moje słowa: wiary prawdziwej, duchowej, świętej i uświęcającej.
 “Ten, który czyni cuda, dokona przynajmniej jednego dla Siebie!” – mówiliście. Wielu ich jeszcze dokonam. Dwa z nich będą takie, iż żaden ludzki umysł nie zdoła ich sobie wyobrazić. Tylko wierzący w Pana będą potrafili je przyjąć. Wszyscy inni, w ciągu wieków, będą mówić: “Niemożliwe!”. I nawet po śmierci wielu będzie Mi zaprzeczać. 
  Któregoś łagodnego wiosennego poranka ogłosiłem na górze różne błogosławieństwa. Jest jeszcze jedno: “Błogosławieni ci, którzy potrafią uwierzyć, chociaż nie widzą.” Powiedziałem już, chodząc po Palestynie: “Błogosławieni, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je”, a także: “Błogosławieni, którzy spełniają wolę Bożą”. I wyrzekłem wiele innych [błogosławieństw], bo w domu Ojca Mojego wiele radości czeka na świętych. Ale jest i to: “O, błogosławieni ci, którzy uwierzą, chociaż nie widzieli oczyma cielesnymi!” Tak święci będą, że – przebywając jeszcze na ziemi – już Boga oglądać będą: Boga ukrytego w Tajemnicy miłości.   Ale wy, po trzech latach przebywania ze Mną, nie doszliście jeszcze do takiej wiary. I wierzycie tylko w to, co widzicie. Dlatego od dzisiejszego poranka, od tryumfu, mówicie: “Jest tak, jak mówiliśmy. On zwycięża. A my z Nim.” I jak ptaki, które poprawiają swoje pióra porozdzierane przez jakiegoś okrutnika, podnosicie się do lotu, upojeni radością, pewni, wolni od przygnębienia, który Moje słowa wywołały w waszych sercach.  
  Czy jesteście umocnieni także na duchu? Nie. Duch wasz jest jeszcze mniej umocniony. Jesteście bowiem jeszcze mniej przygotowani na zagrażającą godzinę. Piliście „hosanna‟ jak wino mocne i smakowite. I upoiliście się nim. Czy ktoś pijany jest kiedykolwiek mocny? Wystarczy rączka dziecka, aby sprawić, że się zachwieje i upadnie. Tacy jesteście. Wystarczy pojawienie się zbirów, aby skłonić was do ucieczki jak strachliwe gazele, które widzą ukazujący się przy urwisku skały spiczasty pysk szakala i szybko jak wiatr rozpraszają się po ustroniach pustyni. 
 O, uważajcie, żeby nie umrzeć z powodu strasznego pragnienia na tym wysuszonym piasku, którym jest świat bez Boga! Nie mówcie, o, nie mówcie, przyjaciele Moi, tego, co mówi Izajasz robiąc aluzję do waszego stanu ducha, fałszywego i niebezpiecznego. Nie mówcie: “Ten mówi tylko o spiskach. Nie ma się jednak czego lękać ani nie miejsce na wpadanie w przerażenie. Nie musimy się obawiać tego, co On nam prorokuje. Izrael Go kocha i my to widzieliśmy.” 
  Ileż to razy delikatna, bosa noga dziecka depcze ukwiecone roślinki na łące, zrywa korony kwiatów, aby zanieść je mamie. Dziecku wydaje się, że znajduje tylko łodygi i kwiaty. Tymczasem stawia piętę na głowie węża, który kąsa i uśmierca dziecko. Kwiaty ukrywają węża. 
   Podobnie tego poranka... także tego poranka było tak! Jestem Skazańcem ukoronowanym różami. Róże!... Jak długo żyją róże? Co z nich pozostaje, gdy z ich kwiecistych koron opada śnieg pachnących płatków? Kolce. 
   Mówię – to powiedział Izajasz – że będę dla was, a z wami dla świata, uświęceniem, ale także kamieniem potknięcia się, kamieniem zgorszenia i sidłami, i ruiną dla Izraela i dla ziemi. Uświęcę tych, którzy będą mieć dobrą wolę, ale też sprawię, że upadną i rozpadną się na kawałki ci, którzy będą mieć złą wolę. 
  Aniołowie nie mówią słów kłamliwych ani krótkotrwałych. Oni przychodzą od Boga, który jest Prawdą i który jest Wieczny, i to, co mówią, jest prawdą i słowem niezmiennym. Powiedzieli: 
 “Pokój ludziom dobrej woli”. Wtedy rodził się, o ziemio, twój Zbawiciel. Teraz idzie na śmierć twój Odkupiciel. Ale, aby mieć pokój od Boga, czyli uświęcenie i chwałę, trzeba mieć “dobrą wolę”. Próżne Moje narodzenie, zbędna Moja śmierć dla tych, którzy nie mają dobrej woli. Moje kwilenie i rzężenie, pierwszy i ostatni krok, rana obrzezania i śmierci, wszystko to byłoby daremne, gdyby w was, gdyby w ludziach nie było dobrej woli osiągnięcia wyzwolenia siebie i uświęcenia. 
  Powiadam wam: “Bardzo wielu potknie się o Mnie – chociaż jestem ustawiony dla człowieka jak kolumna wspierająca, a nie jak pułapka – i upadnie, z powodu upojenia pychą, rozwiązłością, chciwością. [Ludzie ci] zostaną zamknięci w sieci swoich grzechów i pochwyceni, i oddani szatanowi. Włóżcie te słowa do waszych serc i zapieczętujcie je dla przyszłych uczniów. 
 Chodźmy. Kamień powstaje. Kolejny krok naprzód. Na górę. Powinien jaśnieć na szczycie, bo jest Słońcem, bo jest Światłością, bo jest Wschodem. A Słońce jaśnieje na szczytach. Ma być na górze, bo prawdziwą Świątynię powinni widzieć wszyscy. Ma też ona być przeze Mnie samego zbudowana, przy pomocy żywego Kamienia Mojego Ciała złożonego w ofierze. Połączę części [tej Świątyni] zaprawą zrobioną z potu i krwi. I będę na Moim tronie, okryty żywą purpurą, ukoronowany nową koroną. Ci, którzy są daleko, przyjdą do Mnie, będą pracować w Mojej Świątyni, wokół niej. Ja jestem fundamentem i zwieńczeniem. [Na tym fundamencie] będzie powstawać coraz obszerniejsza budowla. Ja sam wyszlifuję Moje kamienie i Moich rzemieślników. Jak Ja byłem przycinany dłutem – przez Ojca, przez Miłość i przez człowieka, i przez Nienawiść – tak i Oni zostaną uformowani przeze Mnie. A po usunięciu, w ciągu jednego dnia, nieprawości ziemi, na kamień Kapłana na wieki przyjdzie siedem oczu, aby oglądać Boga, i rozleje się siedem źródeł, aby pokonać ogień szatana. 
 Szatana... Judaszu. Chodźmy. I pamiętaj, że czas nagli i że na czwartek wieczór ma być dostarczony Baranek.» (...)"

 Ten post ( tekst) składa się w całości z cytatu z książki "Poemat Boga-Człowieka" Marii Valtorty.

OPINIA PAPIEŻA PIUSA XII

Wszystko, co można powiedzieć o pięknie i głębi zawartości pism włoskiej mistyczki Marii Valtorty (+1961) streszcza się w zdaniu wypowiedzianym przez Ojca Świętego Piusa XII, który 26 lutego 1948, w czasie audiencji specjalnej udzielonej ojcom Andrea M. Cecchin, Corrado Berti i Romualdo M. Migliorini, teologom z Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny, opiekunom Marii Valtorty, powiedział: «Opublikujcie to dzieło takie jakie jest. Nie ma potrzeby wydawać opinii o jego pochodzeniu. Kto przeczyta, ten zrozumie»

Kardynał Gagnon wydał 31.10.1987 oświadczenie: «Sąd wydany przez Ojca Świętego w roku 1948 stanowił oficjalne imprimatur nadane w obecności świadków.»

sobota, 28 marca 2026

WALKA, KTÓRA KOŃCZY SIĘ BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM


  „Na zdjęciu, które wita Was na stronie O AUTORCE BLOGA , tutaj widzicie mnie przytuloną do figury Chrystusa. To moment ukojenia, ciszy i bezpiecznego oparcia, którego wszyscy szukamy. Jednak droga do takiego pokoju często wiedzie przez niełatwe zmagania. Zanim Jakub z dzisiejszej opowieści otrzymał błogosławieństwo i nową tożsamość, musiał przejść przez noc pełną walki. 

  Zapraszam Was do przyjrzenia się obrazowi Rembrandta, który pokazuje, że siłowanie się z Bogiem – choć wyczerpujące – może stać się początkiem najgłębszej bliskości.”


 Lekcja od Jakuba i Rembrandta

Czy zdarzyło Ci się kiedyś kłócić z Bogiem? Czy miałaś w życiu noc, podczas której zmagałaś się z trudnymi decyzjami, lękiem o jutro lub własną przeszłością? Dzisiaj chcę Ci pokazać, że nawet walka z niebem może być drogą do świętości.

Spotkanie w ciemności
Spójrz na obraz Rembrandta. 

Rembrandt Hermaszoon van Rijn
"Walka Jakuba z Aniołem", 1659

    Widzimy na nim Jakuba, który całą noc zmaga się z tajemniczą postacią. Ale przyjrzyj się uważnie – u Rembrandta ten Anioł nie wygląda jak przeciwnik. On patrzy na Jakuba z nieskończoną czułością, niemal go obejmuje.

    To nie jest walka dwóch wrogów. To obraz duszy, która desperacko szuka potwierdzenia swojej wartości. Jakub trzyma się Anioła i mówi te słynne słowa:

„Nie puszczę Cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”

   Twoje zmęczenie jest święte
Wiele z nas czuje się winnych, gdy przeżywamy kryzys wiary lub gdy „siłujemy się” z losem. Rembrandt uczy nas jednak czegoś innego:
Bóg nie boi się Twoich pytań. On pozwala Ci się ze Sobą zmagać.
W tym „uścisku” walki jesteś najbliżej Boga, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś od Niego daleko.
Czasami musimy „utykać” (tak jak Jakub po walce), by zrozumieć, że nasza siła nie pochodzi z nas samych, ale z oparcia się na Nim.

   Zmiana imienia, zmiana życia
Po tej nocy Jakub nie był już tym samym człowiekiem. Otrzymał nowe imię – Izrael.
Jeśli dzisiaj przechodzisz przez swoją „noc zmagań”, pamiętaj:
Każda trudność, którą przeżywasz z Bogiem, ostatecznie zmienia Twoje serce.
Nie puszczaj nadziei, dopóki nie poczujesz pokoju.
Anioł z obrazu Rembrandta ma zamknięte oczy, jakby chciał powiedzieć: „Ufam ci, Jakubie. Wiem, przez co przechodzisz”.


anie, dziękuję Ci, że pozwalasz mi na moje pytania i zmagania. Daj mi siłę Jakuba, bym nie puszczała Twojej dłoni, dopóki nie spłynie na mnie Twoje błogosławieństwo. Nawet jeśli jestem zmęczona walką, ufam, że Twój uścisk jest uściskiem miłości. Amen.


 Na zdjęciu, które zamyka dzisiejsze spotkanie, widzicie mój taras i figurę Jezusa, która towarzyszy mi w codzienności. Tym razem miejsce obok Niego jest puste... Czeka na Was.

  Wierzę, że po każdej walce, jakiej doświadczył Jakub, przychodzi moment, w którym można po prostu 'być' i odpocząć. Zapraszam Cię, byś w swoich myślach usiadł w tym fotelu obok kwiatów i pozwolił, by pokój płynący z tej Obecności Cię otulił.

  Co przynosisz ze sobą do tego cichego zakątka? Jaką walkę chciałbyś dziś tutaj zakończyć? Czekam na Twoje słowa w komentarzu.”
 
Dziękuję, że esteś tutaj ze mną...
Niech ta chwila ze sztuką i słowem przyniesie Ci pokój. Jeśli ten wpis poruszył Twoje serce, podziel się swoją myślą w komentarzu – każde Twoje słowo jest dla mnie cennym darem.
Z modlitwą i światłem, [Teresa]

środa, 25 marca 2026

W CIEMNEJ NOCY WIARY


Gdy prowadzi nas tylko miłość

Czy czułaś kiedyś, że idziesz przez życie po omacku? Że modlitwa stała się głucha, a niebo milczy? Św. Jan od Krzyża nazywał to doświadczenie „Nocą Ciemną”. To nie jest kara – to moment, w którym Bóg gasi wszystkie ziemskie światła, byśmy nauczyli się widzieć sercem.

Spojrzenie, które nie widzi ciężaru
Spójrz na obraz El Greco. 

El Greco - Ukrzyżowanie

Chrystus nie ugina się pod ciężarem drewna. On je obejmuje. Jego oczy są pełne łez, ale nie ma w nich rozpaczy – jest w nich świetlista nadzieja. To ucieleśnienie słów św. Jana od Krzyża:

„W nocy pełnej szczęścia, w ukryciu, tak że nikt mnie nie widział, ani ja nie widziałam żadnej rzeczy, nie mając innego światła ani przewodnika nad ten, co w sercu mi płonął”.

   W „Nocy Ciemnej” nie potrzebujemy mapy. Św. Jan uczy nas, że jedynym bezpiecznym przewodnikiem jest miłość, która płonie wewnątrz nas. Na obrazie El Greco to właśnie to wewnętrzne światło zdaje się rozjaśniać mrok wokół Krzyża. Cierpienie nie jest końcem drogi, ale jej częścią.
   Samotność to przestrzeń, w której Bóg mówi najgłośniej, choć bez słów.
  Krzyż, jeśli go obejmiemy, przestaje nas przygniatać, a zaczyna nas prowadzić.

  Jeśli czujesz, że wokół Ciebie panuje noc – nie lękaj się. To czas, w którym Twoja wiara się oczyszcza. Jak pisał święty mistyk: „Pod wieczór życia będą cię sądzić z miłości”. Tylko ona zostaje, gdy wszystko inne zawodzi.

   Zatrzymaj się nad wzrokiem Chrystusa u El Greco. Pozwól, by Jego spokój przeniknął Twoje niepokoje. W tej nocy nie jesteś sam/a – prowadzi Cię Ten, który sam przeszedł przez najgłębszy mrok, by przynieść nam poranek.

anie, bądź moim światłem w nocy moich zwątpień. Naucz mnie ufać Twojej obecności nawet wtedy, gdy nic nie czuję i nic nie widzę. Niech prowadzi mnie tylko miłość. Amen.
...............

Czy przeżyłaś/eś kiedyś swoją „noc ciemną”, która ostatecznie przybliżyła Cię do Boga? Jakie światło wtedy Cię prowadziło? 🕯️

poniedziałek, 23 marca 2026

KAWA Z ANIOŁEM STRÓŻEM

 

 O niebiańskiej cierpliwości do moich drzemek

Czy zastanawiałaś/eś się kiedyś, co robi Twój Anioł Stróż, gdy Ty po raz kolejny obiecujesz sobie „tylko pięć minut drzemki”, a budzisz się godzinę później z odciśniętą poduszką na policzku? Ja mam wrażenie, że mój wtedy z lekkim uśmiechem dolewa mi niewidzialnego spokoju do wystygniętej kawy.

Niebiański współlokator
Moja relacja z Aniołem Stróżem i Archaniołami to nie jest sztywna audiencja u króla. To raczej wieloletnia przyjaźń, w której oni są tymi mądrzejszymi, a ja... cóż, ja jestem tą, która wiecznie gubi klucze i ambicje na rzecz kanapy. Wyobrażam sobie mojego Anioła jako mistrza logistyki, który z anielską (dosłownie!) cierpliwością patrzy, jak próbuję być „intelektualną lwicą”, a kończę jako „rozgotowane spaghetti”.

Archanielskie wsparcie w codzienności



Kiedy życie rzuca mi pod nogi kłody wielkości Goliata, wiem, że za plecami mam solidną obstawę: Michał – pilnuje, bym nie dała się zwariować własnym lękom (taki mój osobisty ochroniarz od czarnych myśli).
Gabriel – dba, bym w tym całym zabieganiu usłyszała chociaż jedną dobrą nowinę dziennie.
Rafał – opatruje moje rany, nawet te, które sama sobie zadaję, potykając się o własne nogi.

Sacrum w filiżance
Duchowość to nie tylko wielkie księgi i podniosłe pieśni. To także ten moment, gdy parzysz kawę i czujesz, że nie jesteś sama. Że ktoś czuwa nad Twoim chaosem. Bóg nie wysłał nam Aniołów, żeby nas oceniali, ale żeby nas kochali – także w dresach, z rozczochraną fryzurą i zimnym espresso w ręku.

„Aniele Boży, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój...” – te słowa z dzieciństwa nabierają nowego sensu, gdy zrozumiesz, że „zawsze” oznacza też momenty, w których totalnie nic Ci się nie chce. 

Słowo dla Ciebie
Następnym razem, gdy Twoje plany na „produktywny dzień” legną w gruzach, nie denerwuj się. Uśmiechnij się do swojego Anioła, weź łyk kawy i podziękuj mu, że wciąż z Tobą wytrzymuje. On naprawdę lubi Twoje towarzystwo, nawet gdy jedyne, co masz mu do zaoferowania, to wspólne patrzenie w sufit.

Modlitwa „kawowa”:
Aniele Stróżu, dziękuję Ci, że jesteś mistrzem drugiego planu w moim życiu. Pilnuj moich myśli, gdy błądzą, i moich snów, gdy uciekam na kanapę. I proszę, przypomnij mi o tej kawie, zanim całkiem wystygnie. Amen.

o swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”.
— Ps 91, 11-12


A jak wygląda Twoja relacja z „Górą”? Czy traktujesz Aniołów jak odległe istoty, czy raczej jak domowników, którym można się wygadać przy porannej herbacie? 


Archanioł Rafał to nie tylko potężny uzdrowiciel, ale też... najlepszy patron podróżników i radosnych spotkań! Jego imię oznacza „Bóg uzdrawia”, a w Biblii (w Księdze Tobiasza) występuje jako serdeczny towarzysz drogi, który dba o bezpieczeństwo i dobre relacje.
Jeśli więc czujesz, że Twoje codzienne „wędrowanie” między kuchnią a kanapą bywa męczące, wezwij Rafała. On specjalizuje się w przywracaniu radości i uzdrawianiu naszej codzienności z nudy i smutku. To taki niebiański przyjaciel, który pilnuje, byśmy w drodze do celu nie zgubili uśmiechu (i filiżanki kawy!).

Dziękuję, że jesteś tutaj ze mną...
Niech ta chwila ze sztuką i słowem przyniesie Ci pokój. Jeśli ten wpis poruszył Twoje serce, podziel się swoją myślą w komentarzu – każde Twoje słowo jest dla mnie cennym darem.
Z modlitwą i światłem, [Teresa]

niedziela, 22 marca 2026

KTO Z NAS JEST BEZ WINY?


Dziś na blogu zapraszam Was do wspólnej medytacji nad obrazem Wasilija Polienowa „Chrystus i jawnogrzesznica”. To poruszająca lekcja o tym, jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych i jak trudna, a zarazem ocalająca, jest droga Bożego Miłosierdzia.
Czy masz w dłoni „kamień”, który warto dziś upuścić? 🌿
Zapraszam do lektury i chwili zatrzymania:


Lekcja ciszy i przebaczenia


   Wyobraź sobie gwarny plac, palące słońce i tłum, który w imię prawa domaga się sprawiedliwości. W samym środku tego zgiełku stoi kobieta – zalękniona, osądzona, pozbawiona nadziei. I jest On. Jezus, który nie krzyczy, nie oskarża, ale swoim spokojem rzuca wyzwanie każdemu z nas.

Wasylij Polenov -"Jawnogrzesznica. Kto jest bez grzechu?"

  Obraz Wasilija Polienowa „Chrystus i jawnogrzesznica” to coś więcej niż scena biblijna. To moment, w którym Boże Miłosierdzie spotyka się z ludzką bezwzględnością. 


   Jezus nie patrzy na tę kobietę przez pryzmat jej grzechu, ale widzi w niej zdeptaną godność dziecka Bożego.


   Często myślimy, że ta historia nas nie dotyczy. Przecież nie stoimy na placu z kamieniem w ręku. Ale czy na pewno? 
  Naszymi „kamieniami” bywają surowe oceny, plotki, niechętne spojrzenia czy brak gotowości do wybaczenia. Polienow genialnie uchwycił ten moment zawieszenia – oskarżyciele są pewni swego, dopóki nie spotkają się ze wzrokiem Mistrza.
W Jego spojrzeniu nie ma potępienia, jest za to pytanie skierowane do nas wszystkich: kto z nas jest bez winy, by pierwszy rzucić kamień?

   Miłość, która przywraca godność
  W świecie, który tak łatwo wydaje wyroki, ten obraz przypomina nam o potędze pokornej miłości. Jezus uczy nas, że:
Prawdziwe miłosierdzie zaczyna się tam, gdzie kończy się nasze poczucie wyższości.
Każdy człowiek zasługuje na drugą szansę, bo Bóg nie spisuje nas na straty po naszych błędach.
Cisza bywa potężniejsza niż krzyk – to w ciszy sumienia słyszymy prawdę o nas samych.

   Pamiętajmy o słowach z Ewangelii św. Jana, które są fundamentem tej sceny:
iewiasto, gdzież oni są? Nikt ciebie nie potępił? (...) I Ja ciebie nie potępię. Idź, a od tej chwili już nie grzesz” (J 8, 10-11).

   Niech ten obraz będzie dla nas wezwaniem, byśmy zamiast szukać win u innych, zaczęli od uważnego spojrzenia w głąb własnego serca. Tam, gdzie my stawiamy kropkę i wydajemy wyrok, Bóg stawia przecinek i daje nową nadzieję.

    
Panie, zabierz z moich dłoni kamienie oskarżeń. Naucz mnie patrzeć na moich bliskich i nieznajomych Twoimi oczami – oczami, które nie szukają błędu, ale szukają drogi do pojednania. Amen.
............................


Czy był w Twoim życiu moment, gdy poczułaś, że ktoś podarował Ci miłosierdzie zamiast zasłużonej kary? Jak to zmieniło Twoje postrzeganie tej osoby? 

sobota, 21 marca 2026

SPOJRZENIE, KTORE WYBACZA


 Czego uczy nas smutek Dawida?

Caravaggio, Dawid z głową Goliata ,
1610.
Galleria Borghese, Rzym.
(detal)

Zatrzymaj się dzisiaj na chwilę przy tym obrazie. Spójrz na twarz młodego Dawida, który trzyma głowę pokonanego Goliata. 

Caravaggio, Dawid z głową Goliata , 1610.
Galleria Borghese, Rzym.

Spodziewałbyś się tam dumy, radosnego okrzyku zwycięzcy czy blasku chwały? Tymczasem w jego oczach maluje się przejmujący, niemal sentymentalny smutek. To nie jest portret triumfatora, ale kogoś, kto właśnie zrozumiał tajemnicę ludzkiego upadku i potęgę Bożej łaski.

Na mieczu Dawida widnieje podobno łacińska maksyma: Humilitas occidit superbiam – „Pokora zabija dumę” ( ja tego napisu nie moge dostrzec, ale uwierz, że tam jest). To serce dzisiejszego rozważania. Dawid nie walczył dla własnej sławy, ale z ufności w Bożą pomoc. Zwycięstwo nie uczyniło go hardym. Wręcz przeciwnie – patrząc na martwego przeciwnika, zdaje się widzieć w nim nie tylko wroga, ale drugiego człowieka, który zgubił drogę. 

Caravaggio, Dawid z głową Goliata ,
 1610. Galleria Borghese, Rzym.
detal

To spojrzenie uczy nas, że każda nasza walka – z lękiem, grzechem czy słabością – powinna kończyć się nie pychą, lecz pokornym dziękowaniem Bogu.

W tym obrazie ukryta jest prawda o Bożym Miłosierdziu. Dawid patrzy na Goliata z niezwykłą czułością. W jego wzroku nie ma nienawiści, jest za to żal nad kondycją człowieka. To przypomnienie, że Bóg nie raduje się ze zguby grzesznika, ale zawsze czeka na jego nawrócenie. Dawid wie, że tylko dzięki łasce to on stoi po stronie światła. To zaproszenie dla nas: czy potrafimy patrzeć na tych, którzy nas ranią, z taką samą cichą modlitwą o ich przemianę?

Prawdziwa siła nie płynie z oręża, ale z zaufania. Jak czytamy w Psalmie 51, który stał się modlitwą Dawida:


oją ofiarą, Boże, duch skruszony, nie gardzisz, Boże, sercem pokornym i zmiażdżonym”.



Niech ten obraz będzie dla nas lekcją. Nawet po największej bitwie, najważniejsze pozostaje to, co mamy w sercu – a tam, zamiast triumfalizmu, powinno gościć miłosierdzie. Bóg wybiera to, co słabe, by pokazać swoją moc. Pamiętaj o tym, gdy następnym razem staniesz przed swoim „Goliatem”.

Modlitwa o serce zwycięzcy

Panie Boże, który znasz każde moje zmaganie i każdą moją walkę,
proszę Cię dzisiaj o serce na wzór Dawida.
Daj mi siłę, bym nie lękał się moich „olbrzymów”,
ale spraw też, by każde moje zwycięstwo czyniło mnie bardziej pokornym.
Uchroń mnie przed pychą i chęcią odwetu na tych, którzy mnie ranią.
Naucz mnie patrzeć na innych Twoimi oczami – oczami pełnymi miłosierdzia,
które w upadku drugiego człowieka widzą wezwanie do modlitwy, a nie powód do pogardy.
Niech mój duch zawsze pozostanie skruszony, a serce wdzięczne za Twoją łaskę,
która jest moją jedyną i najprawdziwszą zbroją.
Amen.

A Ty? Czy patrząc na obraz Caravaggia, czujesz bardziej triumf Dawida, czy może porusza Cię ten niezwykły smutek w jego oczach? Podziel się swoją refleksją w komentarzu.

wtorek, 17 marca 2026

KIEDY ŚWIAT ODRZUCA BOGA, WRACAMY DO ŹRÓDŁA




ziś wielu z nas patrzy na świat z narastającym niepokojem. Widzimy upadek wartości, które budowały nasze człowieczeństwo, i bolesne odrzucenie Boga w przestrzeni publicznej. Czasami ten ciężar jest tak wielki, że brakuje nam sił, by głośno świadczyć o nadziei. Czujemy się jak w gęstym mroku.
W takich chwilach wracam do obrazu Caravaggia – „Święty Jan u źródła”.

"Św. Jan u źródła ” Caravaggio, 1608 r.

  Wiara w czasach ciemności
  Spójrzcie na tę scenę. To nie jest triumfalny święty z witraży. To młody człowiek, niemal przygnieciony otaczającą go czernią. Ten mrok na obrazie jest jak dzisiejszy świat – gęsty, nieprzenikniony, zdający się pochłaniać wszystko, co jasne.

  Ale Jan nie patrzy na mrok. Nie próbuje go rozproszyć własnymi siłami. On robi jedyną rzecz, która pozwala przetrwać: pochyla się nad Źródłem.
Ukojenie w intymności

  Gdy świat odrzuca sacrum, Bóg nie znika. On przenosi się głębiej – do sfery naszej intymności, tam, gdzie nikt nie ma dostępu. Woda, którą pije Jan, to czysta Prawda, która nie wysycha, nawet gdy cywilizacje upadają.

  Krzyż z trzciny, który trzyma, jest kruchy i pokorny. To wiara, która nie musi krzyczeć, by dawać oparcie.
  Jeśli nie masz sił, by nieść światło...
  Może dzisiaj nie musisz być "głosem wołającym na pustyni". Może dziś Twoim zadaniem jest po prostu być u źródła. Pozwól sobie na tę chwilę bezbronności. Ukojenie płynie z uświadomienia sobie, że Bóg jest obecny w tym, co ciche i ukryte.

Nawet jeśli świat zewnętrzny wydaje się pogrążać w chaosie, źródło wody żywej bije w Tobie. Pij z niego spokojnie. Twoje przetrwanie w wierze, Twoja cicha obecność przy Bogu, jest już zwycięstwem nad mrokiem.
..........................

 Czy Wy też czujecie, że dzisiejsza wiara musi zejść głębiej, stać się bardziej osobista, by przetrwać burzę?

 Oto  fragment z Pisma Świętego, który niesie głębokie ukojenie w obliczu lęku o świat i poczucia braku sił:

 
to zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu.” 
(J 4, 14)