Translate

wtorek, 7 kwietnia 2026

POD DRZEWEM SYKOMORY



Zacheuszu, zejdź prędko! 
Miłosierdzie, które puka do drzwi

Czy czułaś/eś się kiedyś niewidzialna/y? Albo wręcz przeciwnie – czy miałaś/eś poczucie, że Twoje błędy sprawiają, iż nie zasługujesz na czyjąś uwagę? Dzisiaj na blogu stajemy pod drzewem sykomory wraz z Zacheuszem, człowiekiem, którego wszyscy omijali wzrokiem, a którego Jezus dostrzegł w tłumie.

Zacheusz. Obraz Nielsa Larsena Stevnsa

Pod drzewem sykomory
Do dzisiejszego wpisu wybrałam obraz Nielsa Larsena Stevnsa . Zobaczcie to spojrzenie Jezusa – On nie patrzy z wyrzutem. On patrzy z tęsknotą. Zacheusz, bogaty, ale nieszczęśliwy celnik, wspiął się na drzewo, bo był „niskiego wzrostu” – nie tylko fizycznie, ale może przede wszystkim w swoich własnych oczach.

Gość, którego się nie spodziewasz
Wyobraź sobie to zdziwienie tłumu, gdy Jezus zatrzymuje się i mówi:

„Zacheuszu, zejdź prędko, bo dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.

Jezus nie prosi o zaproszenie. On oznajmia, że musi tam być. To jest właśnie istota Miłosierdzia – Bóg nie czeka, aż staniemy się idealni, by nas odwiedzić. On chce wejść w nasz nieład, w nasze codzienne sprawy, w nasze „domy”, które nie zawsze są posprzątane na Jego przyjście.

Uzdrowienie przez obecność
Co się stało w sercu Zacheusza? On nie usłyszał kazania o swoich grzechach. On poczuł się pokochanym. To wystarczyło, by chciał naprawić wszystko, co zepsuł. Miłosierdzie to nie litość. To siła, która przywraca nam godność.
Bóg widzi w Tobie więcej niż Ty sama widzisz w lustrze.
Zawsze jest „drzewo”, na które możesz się wspiąć, by Go zobaczyć – modlitwa, dobra książka czy ten blog.


anie Jezu, dziękuję Ci, że znasz moje imię i chcesz gościć w moim sercu mimo moich słabości. Naucz mnie schodzić z drzewa pychy i lęku, bym mogła przyjąć Cię z radością do mojego życia. Amen.


Czy miałaś kiedyś taką chwilę, że poczułaś się „odnaleziona/y” przez Boga w najmniej oczekiwanym momencie? Podziel się swoją historią – Twój głos może być sykomorą dla kogoś innego. 🌿
Dziękuję, że jesteś tutaj ze mną...
Niech ta chwila ze sztuką i słowem przyniesie Ci pokój. Jeśli ten wpis poruszył Twoje serce, podziel się swoją myślą w komentarzu – każde Twoje słowo jest dla mnie cennym darem.
Z modlitwą i światłem, Teresa

4 komentarze:

  1. 42 lata temu rodziłam pierwsze dziecko w jednym z krakowskich szpitali ( byłam wówczas studentką). Była noc z soboty na niedzielę, było bardzo ciężko. Personel mający dyżur w ową noc spokojnie oglądał telewizję wiedząc, że ja się pomęczę jeszcze wiele godzin zanim urodzę. byłam sama na zimnej sali, na wysokim, wąskim łóżku, wydawało mi się, że zaraz z niego spadnę pośród tych niewyobrażalnych bóli krzyżowych. Ale z tyłu nad moja głową był krzyż. Ilekroć wydawało mi się, że dłużej nie wytrzymam, On spoglądał na mnie właśnie z tą łagodnością, tylko On mi był wsparciem tamtą bardzo długą noc. Ludzie ( personel, zawiedli, zostawili, On był, nigdy nie zapomniałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu, Twoje świadectwo z krakowskiego szpitala głęboko mnie poruszyło. To niesamowite, jak w chwilach największego opuszczenia przez ludzi, obecność Tego, który patrzy z krzyża, staje się jedynym, niezachwianym oparciem. Dziękuję, że podzieliłaś się tak intymnym i bolesnym, a zarazem pięknym wspomnieniem. Twoja historia pokazuje, że pod Jego spojrzeniem nawet najtrudniejsza noc ma swój sens i kres. Ja też doświadczyłam próby podobnego czasowego opuszczenia położnej ( bo twierdziła, że musi się przespać) w momencie, kiedy przyrośnięte łożysko nasilało ogromny ból. Dzięki Niemu i NMP przeżyłam, chociaż po kilku dniach okazało się, że trzeba ponownie dokonywać zabieg, ratujący mi życie. Przytulam Cię mocno, Basiu.

      Usuń
  2. Dziękuję, że prowadzisz Tereso właśnie ten blog...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci. Basiu, za te ciepłe słowa i za to, że mimo mojej nieobecności, wciąż tu jesteś. Czekam na Ciebie zawsze, gdy znajdziesz tę chwilę spokoju. Twoja obecność nadaje temu pisaniu głębszy sens.

      Usuń